Jak to miał w zwyczaju, do końca dnia zamartwiał się nowym problemem rozkwitającym w tym coraz to bardziej ponurym świecie. Jonathan podsunął mu już kiedyś liścik sugerujący, że rozwiązaniem problemu jest natrzaskanie tych wszystkich Śmierciożerców i on bardzo chętnie się tym zajmie. Ale dla Gio nie było to takie proste.
Siorbiąc herbatkę przeanalizował swój kalendarz i na szczęście nie musiał zmieniać aranżacji, bo na czas misji akurat przypadał dzień wolny.
— Wybornie... — mruknął do siebie.
Myślami do tego wrócił dopiero podczas bezpośrednich przygotowań. Jego doświadczenie w podróżach i sprawne oko zostało uwzględnione podczas wyboru go do tego zadania. Nie wiedział z kim przyjdzie mu współpracować, ale nie miało to większego znaczenia. Ufał Zakonowi, że dokona najlepszego wyboru.
Przywdział swój standardowy ubiór podróżniczy, to jest trapery, wełniane kolanówki, szorty i pasującą koszulę, którą przykrył ciepłą kurtką. Na głowę kapelusz osłaniający przed słońcem, a wszystko to w kolorach beżowego khaki. U paska zwisała mu mała torba, w której schował prowiant, oraz specjalna kieszonka na różdżkę.
Pojawił się w wyznaczonym miejscu i z uśmiechem przywitał załogę.
— Dzień dobry, moi mili. Pogoda powinna nam dzisiaj sprzyjać. Gotowi, do podróży?
Położył ręce na biodrach przyjmując pewną siebie pozycję, bo pomimo przykrych okoliczności, wycieczka w terenie to plan marzenie.
— Jak tam, Erik? Nie miałem okazji pogratulować ci zostania królem balu — mrugnał do kolegi.