- A nie? pewnie jakbym zaczęła mówić, to nie mogłabym skończyć, tyle, że może uznajmy, że podzielę się z Tobą wtedy, jak się napiję, najlepiej wystarczająco mocno, że ewentualnie będzie mogło to zostać uznane za bredzenie kogoś wstawionego. - Nie lubiła się dzielić w głos swoimi przemyśleniami, Norka była naprawdę wyśmienitym słuchaczem, jednak z mówieniem bywało różnie. Była wdzięczna Ambroisowi za to, że opiekował się nią zawsze pod nieobecność Thomasa, właściwie z czasem przestało mieć znaczenie to, czy był on nieobecny, czy obecny. Zawsze znajdował się blisko i dbał o nią, co było naprawdę miłe, bo przecież nie musiał tego robić, miał swoją rodzinę, a jednak zawsze znajdował czas i dla niej. Zachowywał się w stosunku do niej bardzo opiekuńczo, trochę jak kolejny brat. To naprawdę było bardzo miłe i doceniała to wsparcie. Czasem głupio jej w ogóle było, że go potrzebuje, nadal nie do końca potrafiła przyjmować wyciągniętą w jej stronę dłoń. Sama raczej wybierała opcję, w której to ona stanowiła dla innych oparcie, tutaj było zupełnie inaczej.
- Sytuacja samotnych matek nie należy do najprostszych, nie dziwię się, że kobiety nie chcą rodzić dzieci, skąd możesz wiedzieć, czy tatuś nie postanowi zrezygnować z nowej funkcji. - Panna Figg miała średnie zdanie, jeśli chodzi o mężczyzn, cóż, trzymała się od nich z daleka jeśli chodzi o jakiekolwiek relacje romantyczne. Ktoś ją kiedyś dosyć mocno zranił i postanowiła, że nie pozwoli, aby to się powtórzyło. Trzymała się całkiem nieźle swojego postaniownia, nie pozwalała sobie na chwilowe miłostki, nie sądziła zresztą, że ktoś byłby w stanie zaakceptować ją z całym jej bagażem doświadczeń. Tak było zdecydowanie lepiej, chociaż czasem dosyć trudno. Nie mogła jednak narzekać, bo miała wokół siebie wspaniałych ludzi, którzy byli gotowi zrobić dla niej wiele.
- Cóż, nie ma to jak hipokryzja, czyż nie? Zresztą Ty masz jeszcze czas, nie jesteś, aż taki stary. - Nie był, prawda? No, może przekroczył już trzydziestkę, mimo wszystko całe życie było przed nim. Pamiętała, że Ambroise miał kiedyś dziewczynę, był z nią chyba dosyć długo i coś poszło nie tak. Nie wypytywała, nie wnikała w to, nie sądziła, aby chciał się z nią tym dzielić. Zresztą nie była specjalistką od związków, czy spraw sercowych, nie czuła, aby mogła dawać komukolwiek wsparcie w tej dziedzinie.
- To prawda, szczególnie, że ułożyłam już sobie wszystko po swojemu, może gdyby zjawił się nieco szybciej... Teraz musi zaakceptować to, jak to wygląda. - Sporo czasu spędziła na tym, aby ogarnąć swój mały świat. Cukiernię, przy okazji dom, bo przecież przeniosła się wraz z otworzeniem własnego biznesu do Londynu. To wcale nie było takie proste, rozpoczynała nowe życie, w zupełnie innym miejscu, ze sporą ilością obowiązków, a do tego córką u swojego boku. Jasne, gdy Thomas wrócił do kraju zaproponowała mu pozostanie u niej, bo to wydawało jej się słuszne, bez sensu było, aby wracał do ich rodzinnego domu, gdy mógł zamieszkać z nią tutaj, nie ukrywała, że drobna pomoc mogłaby się jej przydać, szczególnie w czasach dość mrocznych i groźnych. Czuła się bezpieczniej, kiedy brat znajdował się obok, zwłaszcza, że przede wszystkim chodziło o Mabel, musiała przewidywać ewentualne zagrożenia, a miała też świadomość o swoich brakach w pewnych dziedzinach magii.
- Cóż, zorinetuję się więc, jak to wygląda, tak chyba będzie najprościej. - Bez sensu było przypuszczać, bo to mogło nie dać faktycznych odpowiedzi. Będzie musiała skontaktować się z ciotką i podpytać ją o to, jak wygląda sytuacja, jakos dyskretnie, aby tamta nie czuła się napastowana.
- Pozostaje wierzyć, że dobro zwycięży, zawsze zwycięża, czyż nie? - Posiliła się o nutkę optymizmu, bo zaczynało się robić nieco melancholijnie, a nie chciała popaść w jakiś dziwny marazm. Pozytywne nastawienie pomagało jakoś przetrwać ten trudny czas, tego powinna się trzymać. Nie mogą wybić wszystkich, mugolaków było wielu, tak samo jak czarodziejów półkrwi, czystokrwiści również opowiadali się po ich stronie. Prędzej, czy później zapanuje spokój. Musiało się tak zdarzyć. Gdyby nie wierzyła w sukces ich misji, to przecież nie angażowałaby się w działania Zakonu. Małymi krokami będą naprawiać to, co śmierciożercy psuli, aż w końcu uda im się przywrócić odpowiedni porządek.
- To wspaniale, pewnie jest tam bardzo niewygodnie. - Wolała nie obudzić się z bolącym kręgosłupem, bo przecież jutro czekał ją kolejny dzień spędzony w kuchni, to naprawdę mogło uprzykrzyć życie, a musiała być na nogach przez sporą ilość czasu. - Tak, żadna nowość, zawsze mogę na Ciebie liczyć. - Uśmiechnęła się do niego ciepło, bo dobrze było wiedzieć, że ma wokół siebie ludzi, którzy są w stanie się o nią zatroszczyć, nawet jeśli w tej chwili chodziło o głupie uniknięcie spania pod stołem, w razie ewentualnego przesadzenia z alkoholem.
- Supermoce, rozumiem. - Cóż, podziwiała go trochę za to, czym się zajmował. W końcu medycy musieli przez lata się kształcić, mieli ogromną wiedzę w wielu dziedzinach, że też mu się chciało to robić. Do teog te zmiany, dyżury, to musiało być wyczerpujące, zwłaszcza w sytuacji, w której w tle trwała wojna. Wolała nawet nie pytać ile miał teraz na głowie. Podejrzewała bowiem, że sporo.
- To chyba nie jest przytyk? - Dodała, przyglądając mu się uważnie, chyba próbowała wyczytać jakiekolwiek emocje z jego twarzy. Nie, to nie mógł być przytyk, Ambroise nie należał do osób, które się nad kims litowały, raczej wybierał sobie znajomych, nie przebywałby z nią gdyby chociaż odrobinę nie darzył ją sympatią.
- Trzeba się nagimnastykować, ale nic nie jest niemożliwe, właściwie zawsze można coś osiągnąć, potrzeba do tego tylko determinacji. - Szkoda by było przestać dążyć ku własnym celom tylko przez to, że trwała wojna. Oni tego chcieli, zależało im na tym, aby burzyć spokój. Wypadało odnaleźć w tym swoją drogę i równowagę. Bez sensu było marnować najlepsze lata swojego życia.
- Jasne, nie krępuj się. - Nie przeszkadzał jej zapach dymu unoszący się w powietrzu, może sama wyjątkowo rzadko sięgała po jakiekolwiek papierosy, jednak inni mogli to robić w jej towarzystwie, nie była szczególnie przewrażliwiona na tym punkcie.
Przeniosła głowę na sufit, żeby spojrzeć na to, co konkretnie Ambroise miał na myśli. Fakt, znajdowało się tam kilka plam, bo cóż, w kuchni bywało różnie, czasem jak na polu walki. Odmalowanie sufitu nie było głupim pomysłem, wręcz przeciwnie, może faktycznie powinna poprosić o to brata.
- To nie jest zły pomysł, może znajdzie na to czas. - Cóż, jej brat też miał na głowie sporo rzeczy i nie lubiła prosić go o przysługi, ale chyba wypadałoby się tym zająć.