Słyszała o tym, że Świąteczne Drzewko zostało już dawno wystawione. Jakoś nie miała okazji jeszcze się przy nim pojawić. Wypadałoby się tam znaleźć ze swoją bombką, była to jedna z tradycji, którą praktykowała. Miała sentyment do Yule, zawsze wracała do Anglii na święta, aby spędzić je z rodziną, tak samo stało się i tym razem.
Nie był to dla niej najlepszy rok, wiele złego jej się przydarzyło, straciła bliskie sobie osoby, w sumie to najbliższe. Uciekła na trochę z kraju, żeby nie musieć skupiać się na tym, co było złe. Polowała, przemierzała różne kontynenty poszukując szczęścia, ale nie udało jej się go znaleźć. Z nie do końca spełnioną misją wróciła więc do domu, który nie do końca był już domem, bo nie było u jej boku mężczyzny z którym spędzała Yule w ciągu ostatnich pięciu lat.
Pogodziła się z myślą, że to nie była jej droga, że może jednak było jej pisane to, co zakładała od najmłodszych lat. Zresztą zawsze szumnie mówiła o tym, że najważniejszą cnotą jest dla niej wolność. Powinna się chyba trzymać tej myśli - właściwie to nic innego jej już nie pozostawało.
Wzięła z domu bombkę, którą zamierzała powiesić na Świątecznym Drzewku, dziwnym trafem jej nogi najpierw zaprowadziły ją do jednego z pubów, gdzie zamówiła sobie grzane wino, z którym miała zamiar udać się na spacer. Alkohol rozgrzewał, grudniowe powietrze było dosyć chłodne więc miała zamiar spożywać go w dobrej wierze, chodziło tylko o to, aby się rozgrzać nic więcej.
Zjawiła się tutaj tego wieczora, bo rano miała zamiar udać się do Snowdonii, zupełnie sama, aby spędzić święta z rodziną, dawno nie robiła tego w ten sposób, ale nie widziała innej możliwości. Nie wybaczyliby jej, gdyby nie znalazła się przy stole w rodzinnej rezydencji skoro już była w Londynie. Nie do końca była gotowa na to starcie, nie wątpiła bowiem, że Jennifer będzie jej szczędzić kąśliwych uwag na temat tego, co ostatnio działo się w jej życiu, jakoś od końca kwietnia ciągle opadała na coraz głębsze dno, o ile w ogóle to było możliwe.
Znalazła się tuż przed drzewkiem, wpatrywała się w nie dłuższą chwilę. Wygrzebała z wsiąkiewki bombkę - w kształcie sztyletu, którą zwiesiła dosyć wysoko, aby niżej pozostawić miejsce dla dzieciaków.
Czy miała jeszcze jakieś marzenia? Właściwie to tak. Życzyła sobie, aby najbliższy rok nie przyniósł jej śmierci - nie chciała jeszcze umierać, aby nie zaszła w nastoletnią ciążę, bo nie była gotowa na takie poważne konsekwencje wynikające ze spontanicznych decyzji. To tyle jeśli chodzi o siebie. Gdy myślała o swoich najbliższych chciała, aby spełniły się ich największe marzenia, żeby nie dali się zastraszyć i zawsze mieli odwagę podążać swoją własną drogą, co wcale nie było takie oczywiste w czasach, w którym przyszło im żyć.
- A Czarnemu Dzbanowi chuja w dupę. - Bo to on był odpowiedzialny za to, że Amanda umarła, że wszystko zaczęło się sypać, że nic nie było takie jak wcześniej.
Z uśmiechem na ustach odwróciła się od drzewka i ruszyła w stronę swojego mieszkania.