Magiweterynarz? Może stąd zamiłowanie i chęć pójścia ścieżką uzdrowiciela, lecz nie dla stworzeń, a dla ludzi.
— Dobrze, w takim razie będę się do ciebie zwracała po imieniu.
Odparła nieco speszona, bo w Mungu raczej większość lekarzy starszych stażem wolała nie być ze studentami na „ty”. Umknęła spojrzeniem gdzieś w bok, by nadto nie wpatrywać się w Amandę i jednocześnie schowała notatnik. Teraz nic nie poradzą na brak jednego eliksiru. Zresztą to nie tak, że zostały całkowicie bez odpowiednich specyfików.
Jej wzrok padł na polanę, gdzie na ziemi lądowały kolejne drzewa. Druga grupa drwali była odpowiedzialna za oczyszczenie pnia z bocznych gałęzi i odpowiednio zabezpieczyć. Wróciła szarymi oczami do panny Lestrange po jej pytaniu.
— Ze Szkocji. Moja matka pochodzi z Doliny Godryka, jest Longbottomem. Przeprowadzili się z ojcem do Edynburgu tuż po ślubie, za pracą ojca. — zamilkła na moment i zaraz dodała. — Aaron Slughorn, zajmuje się badaniem właściwości różnych roślin i razem z matką opracowują…
Amanda nie dowiedziała się, nad czym dokładnie pracują rodzice Ferny, ponieważ od strony wycinki dobiegł dziwny trzask a później krótki krzyk i zaraz kolejny, przeciągły.
— UZDROWICIELA! — wydarł się ktoś z polany i Paprotka już wiedziała, że to nie będzie spokojny dyżur.
Złapała torbę z podstawowymi medykamentami i pobiegła w ślad za Amandą, próbując w trakcie wyciągnąć różdżkę z kieszeni.
Jakieś sto metrów od nich jedno ze świeżo obciętych drzew przygniotło czarodzieja. Zapewne zaklęcie mające przenieść pień dalej, do oczyszczenia, zostało nieprawnie rzucone lub coś rozproszyło rzucających czar. Niezależnie mężczyzna miał obie nogi przygniecione i darł się tak, że tylko co trzecie lub czwarte słowo dało się zrozumieć.