10.01.2025, 10:16 ✶
Ubrany tak, jak powinien być ubrany Crow, mężczyzna wyróżniał się na tle innych czarodziejów nie mniej niż wystrojony Laurent. Powoli docierał do niego jeden dosyć istotny w kontekście jego kompleksów wniosek - do niego też nie pasował. Ale to było inne nie pasowanie niż to, którego doświadczał przy dwóch poprzednich facetach - bo oni ubierali się do bólu normalnie, za to Laurent ubierał się jak drzewko przystrojone szronem na Yule - zdawał się błyszczeć w słońcu jak jebana bombka, kiedy Crow... No cóż. Gdyby mieli dobierać się w pary po samym wyglądzie, nigdy nie mógłby opuścić Podziemi - nie znał nikogo innego, kto ubierał się tylko i wyłącznie na czarno.
- Co? - Już od pierwszego zdania wydawał się nieco skołowany, ale dopiero drugie, którego kompletnie nie zrozumiał (jakie trzymanie?) zmusiło go do zwerbalizowania w ten sposób tlącego się od New Forest, lekkiego niepokoju. Crow złapał go za rękę przeszli do przodu kilka kroków i pociągnął go na bok, przystawiając do ściany w bocznej alejce. W ten sposób zeszli z drogi wiecznie spieszącym się czarodziejom. - Słońce... - Oczywiście, że to pierwsza pieszczotliwa rzecz, jaka przyszła mu do głowy, kiedy widział jego buzię w tym świetle. Spoglądał na niego od dołu, rozplatając ich palce, ale tylko po to, żeby przesunąć nimi po jego ramieniu. - Mhm... - Nie powiedział tego wcześniej, bo przecież meble rozproszyły go bardziej, ale to nie tak, że nagle o tym zapomniał. Trochę liczył na śmierć tematu kiedy tylko przejdą obok restauracji, do której Laurent chciałby to zabrać. - Co ty mi chcesz kupić u czarodziejskiego krawca? - Nie wyglądał na złego, ani nie drwił z niego. To co wybrzmiewało w jego oczach i głosie to było zwyczajne zdziwienie. - Szatę? Widziałeś mnie w gajerze poza tym weselem dla totalnych pojebów? - Ręka sunąca po jego ciele dojechała do szyi, gdzie zatrzymała się na dobre, a Crow przesunął kciukiem po jego policzku. - Jak chcesz mi kupić coś ładnego, to pora wymienić sykle na funty.
Skryci na moment w cieniu jakiejś kamieniczki, za którą ludzie przedzierali się skrótem na Nokturn, nie znajdowali się na widoku przechodniów, ale to była kwestia czasu aż któryś z nich skręci lub odwróci głowę.
- Co? - Już od pierwszego zdania wydawał się nieco skołowany, ale dopiero drugie, którego kompletnie nie zrozumiał (jakie trzymanie?) zmusiło go do zwerbalizowania w ten sposób tlącego się od New Forest, lekkiego niepokoju. Crow złapał go za rękę przeszli do przodu kilka kroków i pociągnął go na bok, przystawiając do ściany w bocznej alejce. W ten sposób zeszli z drogi wiecznie spieszącym się czarodziejom. - Słońce... - Oczywiście, że to pierwsza pieszczotliwa rzecz, jaka przyszła mu do głowy, kiedy widział jego buzię w tym świetle. Spoglądał na niego od dołu, rozplatając ich palce, ale tylko po to, żeby przesunąć nimi po jego ramieniu. - Mhm... - Nie powiedział tego wcześniej, bo przecież meble rozproszyły go bardziej, ale to nie tak, że nagle o tym zapomniał. Trochę liczył na śmierć tematu kiedy tylko przejdą obok restauracji, do której Laurent chciałby to zabrać. - Co ty mi chcesz kupić u czarodziejskiego krawca? - Nie wyglądał na złego, ani nie drwił z niego. To co wybrzmiewało w jego oczach i głosie to było zwyczajne zdziwienie. - Szatę? Widziałeś mnie w gajerze poza tym weselem dla totalnych pojebów? - Ręka sunąca po jego ciele dojechała do szyi, gdzie zatrzymała się na dobre, a Crow przesunął kciukiem po jego policzku. - Jak chcesz mi kupić coś ładnego, to pora wymienić sykle na funty.
Skryci na moment w cieniu jakiejś kamieniczki, za którą ludzie przedzierali się skrótem na Nokturn, nie znajdowali się na widoku przechodniów, ale to była kwestia czasu aż któryś z nich skręci lub odwróci głowę.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.