Cornelius wiedział, że dla jego przyjaciela to były nieustanne katusze, to one kazały Greengrassowi wciąż wracać do tych samych tematów, a on, jako ten lepszy słuchacz niż doradca - w tym jednym przypadku, nie w innych, wiedział z autopsji, że nie powinien być niczyim adwokatem - nie miał serca go powstrzymywać, nawet, jeśli głębi duszy czuł, że ich rozmowy stawały się coraz bardziej jednostronne. Były momenty, że podejmował wszelkie starania, aby odwrócić uwagę Ambroise'a od drażliwych kwestii, jeszcze zanim ten zdążył aktywować się i swój wysryw... czyli szybko. Gdy przychodziło co do czego, niemal czuł, jak jego przyjaciel gotował się we własnej frustracji, a każde słowo, które padało z ust kolegi, było jak odruchowy strzał Cruciatusem w kierunku Longbottoma. Ambroise nie potrafił spojrzeć na sprawy z dystansem, a Cornelius wiedział, że nie mógł go do tego zmusić, tym bardziej, że Ambroise wcale nie był prostym człowiekiem. Był „prostym człowiekiem”, na tej samej zasadzie, jak proste było jednoczesne liczenie wstecz i skakanie na jednej nodze, z zamkniętymi oczami, bo w jego oczach nie było miejsca na subtelności, na niuanse, które mogłyby pomóc mu zrozumieć, że życie nie zawsze było czarno-białe. Cornelius wiedział, że jego przyjaciel czuł się zdradzony, co gorsza, nie tylko przez Gerry, ale też przez samego siebie, za to, że musiał stawić czoła rzeczywistości, w której jego plany legły w gruzach. Nie wiedział, co mógłby z tym zrobić, bo wszystkie sugestie odbijały się od Roise'a jak od słupa ogłoszeniowego, z tym, że w ich świecie słupy czasem potrafiły zareagować, ten tutaj był... no, słupem. Mugolskim, betonowym klocem. Corio pozwalał mu się wygadać, wyrozumiale przyjmował jego narzekania, pozwalając, by te słowa w końcu znalazły ujście, słuchał uważnie, choć wiedział swoje. Ambroise wściekał się na Erika, ale Cornelius widział, że w głębi duszy jego przyjaciel miał w sobie więcej bólu niż gniewu.
To była niełatwa sytuacja, prawdę mówiąc, Corio nie miał ochoty wnikać w meandry relacji Geraldine z Erikem. To, co się działo, było zbyt skomplikowane, by mógł to zrozumieć w perspektywie któregokolwiek z przyjaciół, lecz bez cienia wątpliwości, w ostatnich miesiącach wykształcił sobie pewną antypatię wobec Longbottoma, chociaż nie była ona tak głęboka, jak mógłby tego pragnąć jego przyjaciel. Nie była też płytka, raczej była adekwatna do opinii Lestrange'a, zarówno na temat tak zwanego „ruszenia dalej”, jak i niemożności pogodzenia się z rozstaniem, u jednej czy u drugiej strony konfliktu. Przyglądał się swojemu przyjacielowi, gdy ten znów wpadał w spiralę frustracji, przy czym jednocześnie próbował zamknąć jadaczkę i słuchać, bo wdawanie się w dyskusję nie miało sensu. Z początku myślał, że to tylko chwilowy zryw, ale z każdym kolejnym tygodniem rozmowy z Ambroisem stawały się coraz bardziej intensywne, zaczynało się od kilku zdawkowych uwag, a kończyło na pełnym ognia gniewie, który spalał wszystko na swojej drodze. Cornelius zdawał sobie sprawę, że jego kumpel przeżywał straszliwą wewnętrzną walkę, ale równie dobrze wiedział, że słowa nie mają mocy, gdy człowiek jest tak ślepo zakochany w swoim cierpieniu, więc rzadko kiedy próbował racjonalizować. Zdecydowanie nie chciał stawać po żadnej stronie, między wódką a zakąską, kiedyś to powiedział i usilnie trwał przy tym postanowieniu, nawet wtedy, kiedy przyjaciel wchodził do jego mieszkania z miną, która mówiła wszystko i już momentalnie wiedział, że to był ten dzień, kiedy nie było sensu stawać w niczyjej obronie ani próbować tłumaczyć sytuacji.
Stojąc na ulicy, obserwował Roise’a z mieszanką rozbawienia i irytacji. Wszedł w tryb obronny, gotowy odpowiedzieć na zaciętą ripostę, jednak Ambroise zamknął usta, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmiech, który zapowiadał, że Greengrass nie zamierzał odpuścić, ale jednocześnie właśnie przestał grać we wcześniejszą grę. Corio znał ten uśmiech dobrze, to był ten sam grymas, który często towarzyszył ich docinkom, ten uśmiech, który mówił: „wiem, co chcesz osiągnąć, ale nie dam ci tej satysfakcji”, po którym padało jedno z mitycznych zdań:
„No, chyba ty”, „Twoja stara*”, „Nie popłacz się”, „Tylko się nie zesraj” - możliwości, w przeciwieństwie do łba jego kolegi po fachu, były nieograniczone.
*dowolną wersja od 1 do 2137, ze szczególnym wyróżnieniem ulubionych wersji 69 i 420
No, kurwa mać, niemalże wywrócił oczami. W tym momencie wiedział, że nie było już sensu wdawać się w dalszą dyskusję, Roise był na prowadzeniu, a on musiał czekać na kolejną sytuację, w której mógłby mu się odgryźć. Kiedy przeniósł wzrok na Norę, jego myśli na chwilę odpłynęły. Ignorując zaczepki Roise’a, mimo wszystko, nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, wiedząc, ile prawdy kryło się w tych słowach. Wspomnienia o pielęgniarkach, które z pewnością pamiętały Corio w nieco mniej chwalebny sposób, były całkiem zabawne, w miarę trafne, mimo tego, że mężczyzna zbył je machnięciem ręki. Ruszył za Norą.
Zaczął od przeszukiwania ogrodu w sposób metodyczny, krok po kroku, fragment za fragmentem, a nie bez ładu i składu. Przystanął przechodząc obok klombów z różami, jego umysł, przyzwyczajony do rozważania różnych możliwości, analizował każdy scenariusz, a wzrok monitorował każdy kąt. Zaczął od skraju ogródka, wpatrując się w gęstwinę krzewów i kwiatów, które rozrosły się wokół posesji. Przeszedł wzdłuż rzędu krzewów, starannie przyglądając się każdemu zakamarkowi. Wiedział, że koty potrafiły się doskonale ukrywać, były przy tym sprytne i wredne, zdecydowanie nie ułatwiały życia, a więc Karmelek mógł być wszędzie.
- Karmelku, gdzie jesteś? - Nie bez cienia żenady, zawołał, próbując nadać swojemu głosowi nieco przyjazny ton, mimo tego, że w głębi duszy czuł raczej niedowierzanie.
Przeszedł dalej, zerkając na rabaty i między doniczkami. W mniejszych i ciaśniejszych zakamarkach ogrodu, gdzie słońce nie docierało zbyt mocno, poszukiwania były trudniejsze, więc zaczął od łatwiej dostępnych miejsc. Spojrzał w górę na gałęzie drzew, zastanawiając się, czy Karmelek nie wspiął się gdzieś wysoko. Wydawało mu się, że widział cień, ale ten okazał się tylko liściem, który poruszał się na wietrze. Co chwilę przerywał poszukiwania, aby nasłuchiwać jakichkolwiek dźwięków. Mając doświadczenie w prowadzeniu śledztw, z niejaką kpiną wobec tego, jak skrupulatnie do tego podszedł, postanowił zastosować swoje umiejętności analityczne. Rozpoczął od badania śladów łap na ziemi, fragmentów futra, które mogłyby wskazywać na ostatnią lokalizację kota. Zgiął się w pół, badając kępy trawy i krzewy, starając się znaleźć jakiekolwiek ślady obecności kota. Aż wreszcie usłyszał wołanie. W mgnieniu oka wyprostował się, patrząc w stronę, z której dobiegał głos.
Cornelius przystanął na skraju ogródka starszej pani, z rękami założonymi na piersiach, wpatrując się w Ambroise'a, który z takim zapałem wskazał na coś, co miało być kotem. Tak, kotem, który zniknął, a teraz miał zostać znaleziony martwy. Lestrange spojrzał w tamtym kierunku, a jego usta rozciągnęły się w kpiącym uśmiechu, który sugerował, że nie zamierzał przepuścić tej okazji. Bez potrzeby zgromadzili się wokół „zwłok”, bo zamiast nich, wśród resztek organicznych, Cornelius dostrzegł jedynie krzew, który możliwe, że z braku opieki miał szanse zdechnąć, tyle tylko, że jeszcze żył, no i nie był kotem. Uśmiech, który momentalnie zagościł na twarzy mężczyzny był bezwzględny. Nie mógł się powstrzymać, bardzo znacząco zerknął na pomidora, który dumnie wystawiał zielone liście ku niebu, machając nimi na wietrze, jakby chciał powiedzieć: „nie jestem martwy, debilu, po prostu brakuje mi składników odżywczych i nie mogę rosnąć w pełnym słońcu!”
- Jak miło, że postanowiłeś nam pokazać, jak dobrze znasz się na roślinach. Ale powiedz mi, proszę, czy kiedykolwiek widziałeś kota? Nie bazie, nie „kotki”, kota. - Z powątpiewaniem popatrzył na Ambroise'a, bo w tym momencie, był gotów stwierdzić, że w oczach kolegi malowało się coś, co można by nazwać bezdenną ignorancją. Wyrazem twarzy sugerował, że znowu nie zamierzał mieć litości dla swojego przyjaciela, bo to był ten moment, żeby odgryźć się za tamtą ripostę. - Serio, Roise? - Kontynuował, dla efektu opierając się na łopacie. - No dobra, brygadzisto. Co dalej? Zakopujemy? A może chcesz przeprowadzić profilaktyczną sekcję zwłok? Może zróbmy autopsję, co? Ja kroję, ty robisz z tego ekspertyzę? Raport? Cóż, przynajmniej nie musimy się martwić o to, w jaki sposób połączymy właścicielkę z jej zgubą. Raczej nam stąd nie ucieknie. - Z trudem powstrzymał śmiech, nie zamierzając odpuścić naigrywania się z tego, że szanowny niby ekspert od roślin, z taką pewnością pomylił jedno z drugim, teraz musząc mierzyć się z konsekwencjami tej ślepoty. Ton Corio był bezwzględnie sarkastyczny, a uśmiech złośliwy. Lestrange zerknął na Norę, która stała obok, i wyraźnie uniósł brwi, jakby chciał powiedzieć:
„patrz, co ten geniusz wymyślił”, a następnie spojrzał z powrotem na Ambroise'a.
- Nie wiem, może to wina tych wszystkich toksycznych substancji, które wdychasz na co dzień, ale może, na wszelki wypadek, zostaw poszukiwania komuś, kto ma chociaż minimalne pojęcie o tym, co robi? Posiedź sobie w cieniu i niech ktoś lepszy przejmie to żałosne śledztwo? Na przykład mi? Ja przynajmniej wiem, co robię. Nora chyba też. - Zawyrokował na widok torebki ze smaczkami dla kotów, którą trzymała kobieta. Mógłby powiedzieć „dobra tam, zdarza się nawet najlepszym”, ale nie, jeszcze nie, teraz był zbyt rozbawiony.
Percepcja [Z, 3/5]: szuka śladów kotka, zanim Ambroise znajduje pomidora
Sukces!
Sukces!