Przyszło im całkiem naturalnie odnalezienie się w tej chwilowej sielance. Kiedyś mieli to na co dzień, ich życie nie zawsze było kolorowo, ale nie brakowało w nim podobnych momentów do tego - całkiem beztroskiego i przyjemnego. Tak było zdecydowanie prościej, nie musieli zastanawiać się nad tym, co mogło albo nie mogło przynieść jutro, szkoda było nie wykorzystać okazji, która się nadarzyła. Właściwie to niczego nie wykorzystywali sami wprowadzili się w taki nastrój.
- Chętnie bym to sprawdziła. Szkoda, że nie potrafię się jeszcze rozdwajać. - To na pewno mogło być ciekawym doświadczeniem, chociaż zdecydowanie wolałaby, aby druga ona nie znajdowała się zbyt blisko. Tak właściwie to czy mogłaby być zazdrosna o samą siebie? Pewnie tak, znając Yaxleyównę byłoby to możliwe.
- Czy pąkle nie żyją w morzu? Dżdżownice też mają pąkle? - Chyba nieco nie ogarniała tematu tych robaków, wstyd, ale trzeba było jej to wybaczyć, bo zdecydowanie specjalizowała się w tych większych zwięrzętach, a do tego magicznych. Nie w jakiś tam dżdżownicach.
- Jasne, jasne. To po prostu brzmi lepiej, chyba i ty i ja zdajemy sobie sprawę z tego, że gdybyś znalazł się w towarzystwie dwóch takich jak ja, ba, gdybyś chciał się nimi opiekować - bo przecież nie musiał, to juz ustalili, że on niczego nie musiał - to prędzej, czy później byś ochujał. - Jedna to czasem było zbyt wiele, a co dopiero dwie. No na pewno nie byłby w stanie ich dopilnować równocześnie, nie było na to żadnych szans. Uśmiechnęła się przy tym szeroko, bo trochę była z tego powodu dumna, jakby jeszcze było z czego, ale cóż, nie da się ukryć, że Yaxleyówna uważała swój chaos za coś wspaniałego, przynajmniej w tej chwili, bo przecież zdarzały się momenty, kiedy samej zainteresowanej to przeszkadzało.
Tak, to poniekąd było rzuceniem wyzwania. Geraldine lubiła to robić, i uwielbiała też udowadniać innym, że nie są w stanie jej podołać. To nie było niczym nowym, taki już miała charakter, Ambroise nie był w tym wyjątkiem, wręcz przeciwnie. Wiedziała, że on również jest kurewsko uparty, co czyniło go zdecydowanie silniejszym przeciwnikiem, a zatem wygrana z nim smakowała zdecydowanie najlepiej z wszystkich możliwych.
Yaxleyówna też nieco się spiła, a alkohol potęgował u niej chęć rywalizacji. Należała do tego grona osób, które zawsze pierwsze reagowały na rzucenie w ich stronę słów typu JA TEGO NIE ZROBIE, TO CZEKAJ POTRZYMAJ MI PIWO. Nie było to może szczególnie chlubnym zachowaniem, ale tak już miała, nie dążyła za bardzo do tego, aby to zmienić.
Zresztą przecież tylko sie przekomarzali, to nie było nic wielkiego. Łapali się za słówka podczas tej całkiem przyjemnej rozmowy. Nic wyjątkowego, kiedyś często komunikowali się ze sobą w ten sposób, tak już mieli. Lubiła to, zresztą bardzo jej brakowało jego towarzystwa. Teraz poczuła się trochę tak, jakby tego jednak nie stracili, może nadal to w sobie mieli? Inaczej przecież nie przychodziłoby im to tak lekko, to siedziało w nich ciągle, zresztą jak wszystko inne. Nie dało się walczyć z tym, w jaki sposób na siebie patrzyli i co do siebie czuli. Tej więzi nie dało się zniszczyć, w końcu istaniała nawet po tym półtora roku przerwy, która się między nimi pojawiła.
Opory zostały gdzieś za drzwiami domu, kiedy opuścili go w pośpiechu, zdecydowanie już ich nie mieli. Zresztą Geraldine od samego początku chyba niczym się nie przejmowała, Roise w końcu do niej dołączył, co powodowało, że wreszcie znajdowali się po jednej stronie. Nie walczyli teraz ze sobą, tylko razem snuli te dziwne wizje, wypełnieni pozytywną energią. Tak było im najlepiej, kiedy patrzyli w jedną stronę, to było dużo prostsze, niż walka między sobą, której raczej nikt miał nie wygrać.
- Wiem, bardzo dobrze wiem. - W końcu nie znali się od dzisiaj, nie miała problemu z tym, aby przyznać mu rację, czy powiedzieć coś miłego, bo to chyba było całkiem miłe? Ambroise z lekkością potrafił odnaleźć się w każdej sytuacji, przewidywał wszystkie możliwe zagrożenia, co na pewno było zaletą, bo miał plan na wszystko, w przeciwieństwie do niej, która raczej po prostu wpadała, robiła zamieszanie z nadzieją, że jakoś to będzie.
- Czy to jakaś propozycja? Jakbym została konikiem polnym to mam się odezwać? - Tak, ciągle wspominała o tych stworzeniach, chociaż wiedziała, że już dawno przestały być one tematem ich rozmowy, jakoś tak było prościej? Nie mówić konkretnie o tym, co miał na myśli, chociaż się tego domyśliła.
- Nom, czasem muszę na siebie spojrzeć, ale nie robię tego zbyt często. - Szczególnie ostatnio, bo zdawała sobie sprawę, że zdarzało jej się wyglądać lepiej. Mimo tego, że lato mieli za soba, i spędziła sporo czasu na zewnątrz to jej skóra zrobiła się nieco blada, nie odpuszczały jej też cienie pod oczami, bo była zwyczajnie zmęczona tym wszystkim, co działo się w jej życiu.
- Taka? To miał być komplement, czy raczej nie? - Próbowała to wyczuć, ale średnio jej to wychodziło, bo niby jaka? TAKA? To nic, że przed chwilą zapytał ją o to, czy widziała się w lustrze, co raczej powinno ją skłonić do tego, żeby wzięła to za komplement, musiała zapytać wprost.
- Pogrążasz się Roise, na pewno by mnie nie oddali, jeszcze zrobiliby mnie swoją królową... - Wydawała się być bardzo pewna takiego obrotu spraw. Jakże ktoś mógłby chcieć ją oddać, gdyby poznał jej wszystkie zalety? No hejj, zrobiliby wszystko, aby ją przy sobie zatrzymać.
- No nie da się ukryć, że jestem bardzo widoczna, z racji na mój nietypowy wzrost, ale już przestałam się tym przejmować. - Miała świadomość, że zwracała na siebie uwagę, no trudno było nie zwracać na siebie uwagi, gdy było się wyższym od sporej części mężczyzn. O to mu chodziło? Chyba tak, no wyglądała, jak wyglądała przecież akurat na to nie miała najmniejszego wpływu.
Nigdy jak dotąd nie mówił w ogóle o możliwości zabrania jej ze sobą na Nokturn. Nie chciał tego robić, starała się ro rozumieć, mimo, że przecież sama też tam bywała. Nie wydawało jej się, aby wiele zmieniło to, gdyby zaczęli pojawiać się tam razem. Teraz jednak sugerował jej, że po prostu bał się, że ktoś może mu ją ukraść, no to był naprawdę poważny argument, z którym trudno było dyskutować. Jasne, powinna go uświadomić, że przecież ciężko byłoby ją ukraść, no bo była duża, nie dałoby się tego zrobić dyskretnie.
- Kiedyś to przetestujemy, teraz już nie ma innego wyjścia, musimy to sprawdzić. - Skoro tak ochoczo o tym dyskutowali, to nie było innego wyjścia. Wypadałoby sprawdzić, czy to faktycznie zadziała. - Przy zapoznawaniu się? Przecież my się znamy, jak nikt inny Roise. - Przynajmniej tak się jej wydawało, no nie, była tego pewna. Znali się przecież, to niby co to miało być za zapoznawanie się pod taką postacią.
Doszukiwała się w tym logiki, ale szło jej to trudno, bo była pijana. Nie myślała już jasno. Zresztą bardzo szybko powinna wytrzeźwieć, skoro ugryzł go wąż, ale nawet to jej nie pomogło. Stres nie działał, a powinien, coś się popsuło?
- Nie będziesz mi mówił, co mam, a czego nie mam, chyba ja sama wiem najlepiej! - Jego słowa nie pomagały, widać było po niej, że zaczęła panikować, a to nie mogło przynieść niczego dobrego. Bała się, że nie będzie w stanie mu pomóc, chociaż, czy faktycznie miała ku temu powód? No nie, zdecydowanie nie, bo to nie mogła być przecież jakaś kobra, czy inna czarna mamba. Byli w Wielkiej Brytanii, a tu nie było zbyt wielu gatunków jadowitych węży.
Ambroise niestety tylko potwierdzał te jej nieuzasadnione obawy, przez co coraz bardziej zaczęła się denerwować, bo co jeśli faktycznie nie zdąży, jeśli on zejdzie na jej warcie? To by było bardzo słabe, nie mogła do tego dopuścić.
Nie wspomniała o Episkey, bo nie czuła się na siłach, aby rzucać jakiekolwiek zaklęcie medyczne, nigdy nie doszła do tego etapu, gdyby tak było to pewnie wyciągała by tę opcję zaraz po wiggenowym, aktualnie więc pozostawała jej ta jedna możliwość. - Cóż, wtedy nigdy więcej nie będę mogła Ci pomóc. - Odparła, jakby faktycznie mieli mieć jakąś przyszłość, chociaż przecież nie powinna. Po tej rozmowie, którą odbywali jednak czuła, jakby faktycznie czekały na nich kolejne możliwości, bo przecież mieli wspólne plany. Tak, tylko, żeby je spełnić Roise musiał przeżyć ten atak węża.
Spanikowała, w takich sytuacjach nie myślała racjonalnie, szczególnie jeśli chodziło o medycynę na której znała się praktycznie wcale. Cóż, bardzo łatwo było ją wkręcić, nabrałaby się chyba na wszystko, co by jej powiedział i zasugerował, bo bardzo, ale to bardzo chciała mu pomóc, a on to okropnie wykorzystywał. Dupek.
Nie zauważyła tego, że dygotał ze śmiechu, nie, wydawało jej się, że naprawdę jest to spowodowane tym ugryzieniem... Jakże nawina była. Zaczęła go rozbierać, tak, bo przecież kazał jej to zrobić - to go posłuchała. Bardzo bystre posunięcie.
W końcu nagle padł na ziemię, źrenice jej się rozszerzyły, bo pierwsze o czym pomyślała to to, że faktycznie nie zdążyła, tyle, że po chwili do jej uszu dotarł jego tłumiony śmiech. Nie, nie zagrał z nią w ten sposób? To nie było możliwe, prawda?
- Nie, Łajzo, nie zrobiłeś tego! - Dotarło do niej, że ją podpuścił. Nosz kurwa mać. Naprawdę to zrobił. Co za idiota, albo ona była idiotką, że w to uwierzyła.
Nachyliła się w końcu nad nim, skoro ją do tego zachęcał, oczy jej błyszczały, nie wiedziała, czy jest na niego wkurwiona, czy bawił ją ten żart. - Zabiję Cię za to na ament. - Rzuciła jeszcze cicho, a przy okazji oparła wolną rękę na jego klatce piersiowej.