10.01.2025, 22:10 ✶
Na jego twarz wypełzł delikatny uśmiech. Żeby o czymś marzyć, człowiek musiał mieć przynajmniej minimalny obraz tego, co miałoby się zadziać. Jakaś zamiana. A może wręcz przeciwnie - stagnacja, albo powrót do czegoś, co wymknęło się spomiędzy palców. Co miało być jego marzeniem? Co miałby powiedzieć krawcowi, który może uszyć mu cokolwiek by tylko zechciał? Nic. Nic tam nie było. Przecież ktoś, kto tak rzadko nosił inne rzeczy niż to, co zajeżdżał latami aż żadna siła nie była w stanie połączyć rozprutych szwów na nowo, myślał o tym za rzadko, żeby się w takim miejscu w ogóle odezwać, a... Przynajmniej tak to sobie wyobrażał, bo w sumie to bazował tylko na wyobraźni. Miał coś przecież w głowie, strzępki tego co mu się podobało, co widział. Ale jak to niby opisać? Jak przekazać to komuś, kto szyje rzeczy dla takich ludzi jak Laurent? Oczywiście, że Aria go kiedyś mierzyła. Mierzył go też wymuskany pedał z ekipy przygotowującej obsługę wesela, jacyś przypadkowi ludzie, którzy musieli coś kiedyś zwęzić, bo coś tam. Nie reagował alergią na krawiecką miarkę. A jednak! Nikt by go nigdy nie uraczył zabraniem w takie miejsce, ale chyba też niekoniecznie dlatego, że nie chciał - po prostu wszyscy trafiali w pewnym momencie na to - na zaprzeczenie, jakoby miał to być dobry pomysł.
No bo on miał już swoje ulubione miejsca.
Kupowanie rzeczy było stresujące. Nie lubił tego. Nie lubił sklepów, w których było cicho i słyszano każdą rozmowę ani tłumu, ścisku, szumu centrów handlowych, które budowano mu chyba na złość. Zawsze wychodził z nich zajebiście zmęczony i wyprany z energii do czegokolwiek, ale to był jakiś konsensus. Widział przecież, że Prewett faktycznie chciał coś dla niego zrobić, a prawdy nie dało się ukryć - jemu naprawdę przydałoby się coś na zmianę.
- Chodź coś zjeść - powiedział nieco stanowczo, nie pozwalając temu tematowi umrzeć. - A potem mogę pokazać ci, gdzie sprzedają moje marzenia. Ready-made. Jestem prawie pewny, że tobie też spodobają się te miejsca. - Bo od czasów kiedy sceny zaczął podbijać Bowie, nastrój w Londynie się zmienił. Miał wrażenie, że ubrania trochę... błyszczały... Poza tym w Camden Town znajdował się sklep z płytami, w którym zawsze kupowali z Waughym, na co tylko było ich stać. A jemu chyba zależało na tym, żeby go zobaczyć? - Tylko dawaj tędy - dodał, chwytając go za dłoń, na powrót splatając ich palce razem. Pociągnął go w kierunku tej bocznej alejki, z dala od zgiełku tłumu. W konkretne miejsce, do faceta w nieco bardziej obskrobanym lokalu, majstrującym przy brzęczącym radiu. Niewiele mówiąca witryna nie wyglądała na ani trochę zapraszającą - właściwie to obklejone czymś ciemnym szyby sugerowały zamknięcie - jedynie mała, biała kartka na drzwiach Winfred Hall, wraz z adresem lokalu usługowego i maleńkim OTWARTE, sugerowała że Crow nie zabierał go do czyjegoś prywatnego mieszkania. Mężczyzna poprawił okulary, ale nie podniósł na nich wzroku, a ni nie przywitał się. Wydostająca się z głośnika kakofonia dźwięków musiała Crowa nieco zirytować - zadrżał i spiął się, ale najwyraźniej nie zamierzał nic na ten temat powiedzieć. Zamiast tego puścił Laurenta i wyłożył się łokciami na blacie, wścibsko zaglądając do tego, nad czym właściciel tak zawzięcie pracował. Ułożone na półkach rzeczy miały naklejone ceny poniżej wartości rynkowej. Na jednej z nich wisiała również deseczka z napisem: zabawek dziecięcych pod zastaw nie biorę.
- Idź mi z tymi kudłami Crow, zanim się wkurwię - warknął wreszcie, przerywając niezręczną ciszę.
- A wymienisz nam kasę na funty?
Dopiero teraz podniósł spojrzenie znad radia, żeby zmierzyć Laurenta ciekawskim spojrzeniem szeroko rozstawionych i małych, choć bystrych oczu. Nie wyglądał ani trochę atrakcyjnie, ale miał w sobie tę iskrę mówiącą, jakby miał naprawdę wiedzieć, o czym mówi. Crow by się z tym nie zgodził. Widać było, jak ocenia stan radia z lekkim rozbawieniem.
- Ile?
No bo on miał już swoje ulubione miejsca.
Kupowanie rzeczy było stresujące. Nie lubił tego. Nie lubił sklepów, w których było cicho i słyszano każdą rozmowę ani tłumu, ścisku, szumu centrów handlowych, które budowano mu chyba na złość. Zawsze wychodził z nich zajebiście zmęczony i wyprany z energii do czegokolwiek, ale to był jakiś konsensus. Widział przecież, że Prewett faktycznie chciał coś dla niego zrobić, a prawdy nie dało się ukryć - jemu naprawdę przydałoby się coś na zmianę.
- Chodź coś zjeść - powiedział nieco stanowczo, nie pozwalając temu tematowi umrzeć. - A potem mogę pokazać ci, gdzie sprzedają moje marzenia. Ready-made. Jestem prawie pewny, że tobie też spodobają się te miejsca. - Bo od czasów kiedy sceny zaczął podbijać Bowie, nastrój w Londynie się zmienił. Miał wrażenie, że ubrania trochę... błyszczały... Poza tym w Camden Town znajdował się sklep z płytami, w którym zawsze kupowali z Waughym, na co tylko było ich stać. A jemu chyba zależało na tym, żeby go zobaczyć? - Tylko dawaj tędy - dodał, chwytając go za dłoń, na powrót splatając ich palce razem. Pociągnął go w kierunku tej bocznej alejki, z dala od zgiełku tłumu. W konkretne miejsce, do faceta w nieco bardziej obskrobanym lokalu, majstrującym przy brzęczącym radiu. Niewiele mówiąca witryna nie wyglądała na ani trochę zapraszającą - właściwie to obklejone czymś ciemnym szyby sugerowały zamknięcie - jedynie mała, biała kartka na drzwiach Winfred Hall, wraz z adresem lokalu usługowego i maleńkim OTWARTE, sugerowała że Crow nie zabierał go do czyjegoś prywatnego mieszkania. Mężczyzna poprawił okulary, ale nie podniósł na nich wzroku, a ni nie przywitał się. Wydostająca się z głośnika kakofonia dźwięków musiała Crowa nieco zirytować - zadrżał i spiął się, ale najwyraźniej nie zamierzał nic na ten temat powiedzieć. Zamiast tego puścił Laurenta i wyłożył się łokciami na blacie, wścibsko zaglądając do tego, nad czym właściciel tak zawzięcie pracował. Ułożone na półkach rzeczy miały naklejone ceny poniżej wartości rynkowej. Na jednej z nich wisiała również deseczka z napisem: zabawek dziecięcych pod zastaw nie biorę.
- Idź mi z tymi kudłami Crow, zanim się wkurwię - warknął wreszcie, przerywając niezręczną ciszę.
- A wymienisz nam kasę na funty?
Dopiero teraz podniósł spojrzenie znad radia, żeby zmierzyć Laurenta ciekawskim spojrzeniem szeroko rozstawionych i małych, choć bystrych oczu. Nie wyglądał ani trochę atrakcyjnie, ale miał w sobie tę iskrę mówiącą, jakby miał naprawdę wiedzieć, o czym mówi. Crow by się z tym nie zgodził. Widać było, jak ocenia stan radia z lekkim rozbawieniem.
- Ile?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.