11.01.2025, 03:08 ✶
I co się odpowiadało w takich sytuacjach? Czy jeżeli kogoś znałeś i rozmawiałeś z nim więcej niż raz, to był twoim znajomym? Czego potrzebował Laurent, żeby uznać kogoś za znajomego, za przyjaciela, za współpracownika, za kochanka? Nie wiedział. Zamiast potwierdzać lub zaprzeczać, określił to inaczej.
- Zdarzało nam się robić coś razem. - Nie dało się tego opisać niczym mniej i niczym więcej. Robili jakieś rzeczy związane z pracą, o ile można było nazwać pracą bycie przestępcą. Nie rozgadał się o tym, bo ani nie był gadułą, ani nie uznał tego za istotne.
Istotniejsze były te pieniądze. To, że się musiał rozejrzeć wokół, mrużąc oczy i upewnić, że te małe gnojki, które go tutaj okradły kiedy szedł z Woodym, nie zaczają się na łatwą zdobycz drugi raz. Skoro oddały różdżkę Laurenta pachołkom Dante, to zmienił co do nich zdanie. Wtedy pokręcił łbem i zostawił im coś na dobry dzień bez używania siły, ale teraz miał o nich nieco gorszą opinię i doszedł do wniosku, że lekkie przetrzepanie im dupy mogło być niezłym środkiem wychowawczym. Tylko Laurent też potrzebował teraz srogiego reality checka.
- Dobra, dwie rzeczy. - Odetchnął głęboko, gestem sugerując mu, żeby schował ten portfel. Gdyby to nie był jego fagas i nie mieli pewnych problemów komunikacyjnych, pewnie by go teraz zalał wulgaryzmami. Nie w takim sensie, że by go zwyzywał od debili, ale widać było, jak ostrożnie dobiera słowa. Mógłby mu to niby wytłumaczyć milej, bez sugerowania kompletnego odklejenia od rzeczywistości, ale to i tak było wyraźnie kilka stopni schodów niżej od tego, co przekazałby jakiemuś swojemu znajomemu. - Masz tu ponad dwieście funtów. - Jego ton wskazywał na tłumaczenie mu czegoś ważnego. No i to w sumie było ważne - ktoś mógł go bardzo łatwo wykorzystać. - Przeciętnie facet zarabia tak w porywach do czterdziestu na tydzień, ale podkreślam ci to - facet. Bo mugole żyją tak, że on musi za to utrzymać rodzinę, więc facetom dają więcej niż babom. Ty rozmieniłeś dobrą wypłatę z całego miesiąca. Taką przewidzianą na utrzymanie mieszkania, ubranie żony, kupienie dzieciom książek do szkoły albo nowych butów. Czaisz to? I się mnie pytasz, czy ci to wystarczy. - Naprawdę nie chciał utrzeć mu tym nosa, niestety dostrzegał jakieś fundamentalne braki w orientowaniu się w otaczającej go rzeczywistości. - Żaden mugol tyle przy sobie nie nosi, jak nie musi. Z pięćdziesiątki kasjerce ciężko byłoby wydać. - A ta restauracja... Eh. - Spoko, kumam. - Ale jednocześnie wcale nie kumał. Nie usłyszał od niego wiesz, ja nie chcę, żebyś się tam czuł jak w klatce, tylko standardowe, słyszane wielokrotnie nie będziesz się potrafił tam zachować, nie chcę, żeby nas tam widzieli. Jak to powiedział Alexander? Ah tak - coś tam bredził, odkładając na bok opinie o cyrku, że byli mugolakami porywającymi dzieci, ważniejsze było to, że chodzenie z nim za rękę i obwieszczanie światu o ich miłości miało być zagrożeniem dla całej rodziny. Drugiego beznadziejnego przypadku poruszać w głowie nie musiał, bo pierwszy był wystarczająco dobitny. Nie dziwiło go więc szczególnie dawanie wywiadów do gazetek i wypowiadanie wojny Śmierciożercom przy jednoczesnym strachu przed zobaczeniem go z kimś, kto nie chciał korzystać z dobrego widelca. - I możemy iść gdziekolwiek. Jak nie chcesz tutaj, to w Camden Town też są knajpy. Nie wiem, co tam dają, pewnie w jednej kanapki z musztardą i szynką zmieloną z sześciu różnych świń, a w drugiej zaraz obok wegetariańskie pierożki. - Wzruszył ramionami. Próbował grać kogoś, komu to było obojętne, ale to uderzyło w jego kompleksy.
- Zdarzało nam się robić coś razem. - Nie dało się tego opisać niczym mniej i niczym więcej. Robili jakieś rzeczy związane z pracą, o ile można było nazwać pracą bycie przestępcą. Nie rozgadał się o tym, bo ani nie był gadułą, ani nie uznał tego za istotne.
Istotniejsze były te pieniądze. To, że się musiał rozejrzeć wokół, mrużąc oczy i upewnić, że te małe gnojki, które go tutaj okradły kiedy szedł z Woodym, nie zaczają się na łatwą zdobycz drugi raz. Skoro oddały różdżkę Laurenta pachołkom Dante, to zmienił co do nich zdanie. Wtedy pokręcił łbem i zostawił im coś na dobry dzień bez używania siły, ale teraz miał o nich nieco gorszą opinię i doszedł do wniosku, że lekkie przetrzepanie im dupy mogło być niezłym środkiem wychowawczym. Tylko Laurent też potrzebował teraz srogiego reality checka.
- Dobra, dwie rzeczy. - Odetchnął głęboko, gestem sugerując mu, żeby schował ten portfel. Gdyby to nie był jego fagas i nie mieli pewnych problemów komunikacyjnych, pewnie by go teraz zalał wulgaryzmami. Nie w takim sensie, że by go zwyzywał od debili, ale widać było, jak ostrożnie dobiera słowa. Mógłby mu to niby wytłumaczyć milej, bez sugerowania kompletnego odklejenia od rzeczywistości, ale to i tak było wyraźnie kilka stopni schodów niżej od tego, co przekazałby jakiemuś swojemu znajomemu. - Masz tu ponad dwieście funtów. - Jego ton wskazywał na tłumaczenie mu czegoś ważnego. No i to w sumie było ważne - ktoś mógł go bardzo łatwo wykorzystać. - Przeciętnie facet zarabia tak w porywach do czterdziestu na tydzień, ale podkreślam ci to - facet. Bo mugole żyją tak, że on musi za to utrzymać rodzinę, więc facetom dają więcej niż babom. Ty rozmieniłeś dobrą wypłatę z całego miesiąca. Taką przewidzianą na utrzymanie mieszkania, ubranie żony, kupienie dzieciom książek do szkoły albo nowych butów. Czaisz to? I się mnie pytasz, czy ci to wystarczy. - Naprawdę nie chciał utrzeć mu tym nosa, niestety dostrzegał jakieś fundamentalne braki w orientowaniu się w otaczającej go rzeczywistości. - Żaden mugol tyle przy sobie nie nosi, jak nie musi. Z pięćdziesiątki kasjerce ciężko byłoby wydać. - A ta restauracja... Eh. - Spoko, kumam. - Ale jednocześnie wcale nie kumał. Nie usłyszał od niego wiesz, ja nie chcę, żebyś się tam czuł jak w klatce, tylko standardowe, słyszane wielokrotnie nie będziesz się potrafił tam zachować, nie chcę, żeby nas tam widzieli. Jak to powiedział Alexander? Ah tak - coś tam bredził, odkładając na bok opinie o cyrku, że byli mugolakami porywającymi dzieci, ważniejsze było to, że chodzenie z nim za rękę i obwieszczanie światu o ich miłości miało być zagrożeniem dla całej rodziny. Drugiego beznadziejnego przypadku poruszać w głowie nie musiał, bo pierwszy był wystarczająco dobitny. Nie dziwiło go więc szczególnie dawanie wywiadów do gazetek i wypowiadanie wojny Śmierciożercom przy jednoczesnym strachu przed zobaczeniem go z kimś, kto nie chciał korzystać z dobrego widelca. - I możemy iść gdziekolwiek. Jak nie chcesz tutaj, to w Camden Town też są knajpy. Nie wiem, co tam dają, pewnie w jednej kanapki z musztardą i szynką zmieloną z sześciu różnych świń, a w drugiej zaraz obok wegetariańskie pierożki. - Wzruszył ramionami. Próbował grać kogoś, komu to było obojętne, ale to uderzyło w jego kompleksy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.