11.01.2025, 12:55 ✶
– Z kwestiami wiary podobno się nie dyskutuje, bo nie potrzebują dowodów… na tę konkretną kwestię na pewno ich nie ma – roześmiała się Brenna. Były rzeczy, w których była bardzo dobra: magia kształtowania, niektóre aspekty transmutacji, sprawność fizyczna. Były i takie, do których zupełnie brakowało jej talentu i takie, do których z kolei brakowało jej chęci.
Jej młodzieńczy idealizm dawno temu został pogrzebany. Ukuły mu trumnę sprawy, w które była zamieszana w Brygadzie i obrazy, oglądane w kręgu widmowidza. Ministerialne procedury, absurdalnie niskie wyroki w poważnych sprawach, winni pobić, gwałtów czy napaści albo nawet zabójstw, uchodzący winie, bo mieli odpowiednie znajomości, tę trumnę zasypały.
A potem wreszcie przyszło Beltane i coś w środku Brenny pękło, i z każdym kolejnym miesiącem tych pęknięć było więcej i więcej.
Czy przemoc była rozwiązaniem? Na pewno lepszym niż bierność. Czy powinna się bać, dokąd ją to zaprowadzi? Dlaczego, skoro nie wierzyła, że dożyje końca tej wojny – skoro od dawna uważała, że jest jej pisane umrzeć młodo, a gdy wojna się rozpoczęła, tylko się w tej myśli utwierdziła? Skoro od dnia, w którym płonęły ognie Beltane, czuła, że żyje w pożyczonym czasie?
Wciąż jednak miała opory: przynajmniej do pewnego stopnia.
– Nie tyle na nich… nie poproszę cię o zamknięcie w fiolce szatańskiej pożogi – sprostowała Brenna, upiła jeszcze łyk herbaty, a potem odłożyła szklankę, z na wpół wypitym tylko napojem. Głos odruchowo trochę zniżyła i pochyliła się nieco nad stolikiem, aby mieć pewność, że Olivia ją słyszy: choć ten gwar i tłum mugolskich twarzy powinny chronić znacznie skuteczniej niż najgrubsze ściany i zaklęcia wyciszające. – Ale… hm, jeśli ktoś wie, że jego dom może stać się obiektem ataku, zawsze przyda się mu pod ręką fiolka, którą może rzucić… albo użyć, gdyby został ranny – stwierdziła z pewnym zamyśleniem: bardziej chyba nad tym, co powiedzieć, jak powiedzieć, czy w ogóle powinna, niż nad samą sprawą ataków. – Tristan może potrzebować czasu. Avelina… kto wie? Może jeszcze wróci?
Gdy wybije sobie z głowy – i z serca – tego drania, Augustusa Rookwooda, któremu Brenna chętnie połamałaby parę kości. Może przemoc nie była rozwiązaniem, ale w tym wypadku na pewno poprawiłaby jej humor. Nie żeby nie wiedziała, że nie może ot tak iść pobić koronera z Ministerstwa Magii: ale mogła to piękne marzenie, że kiedyś jej pięść spotka się z jego nosem, pielęgnować w zaciszu własnego umysłu.
– Czasem mam ochotę trzasnąć kogoś w łeb, ale ty na pewno na to nie zasłużyłaś – stwierdziła, podnosząc się z miejsca i sięgając po luźną kurtkę. – Odprowadzę cię. I po drodze możemy uzgodnić szczegóły – stwierdziła, kolejne słowa wypowiadając już poza progiem baru: gdy rozejrzała się najpierw odruchowo, upewniając, że w ciemnościach londyńskiej nocy nie czyha na nie żadne niebezpieczeństwo, i że żaden cień nie zbliżył się nadmiernie, by móc podsłuchać rozmowę. – Ministerstwo nie może być wszędzie i hm, obowiązują pewne procedury. Jakiś mugolak zgłasza, że ktoś go obserwuje? To za mało, by wysłać tam ludzi. Ktoś może potrzebować jakichś środków do ochrony? Ministerstwo nie ma budżetu na ich zapewnienie. Ale nikt przecież nie zabroni, aby sąsiad mugolaka dostarczył mu parę eliksirów albo jakiś czas u niego pomieszkiwał, w razie gdyby ten miał zostać napadnięty… można nazwać to grupą samopomocy. Nieoficjalną. I o której raczej nie mówimy głośno. Choćby po to, żeby panowie w maskach nie odwiedzieli dokładnie osób, którym pomogliśmy – wyjaśniała cicho, gdy wędrowały nocnymi ulicami: przynajmniej na razie ograniczając się do pewnych ogólników, skoro Olivia póki co miała zostać raczej dostawcą.
Jej młodzieńczy idealizm dawno temu został pogrzebany. Ukuły mu trumnę sprawy, w które była zamieszana w Brygadzie i obrazy, oglądane w kręgu widmowidza. Ministerialne procedury, absurdalnie niskie wyroki w poważnych sprawach, winni pobić, gwałtów czy napaści albo nawet zabójstw, uchodzący winie, bo mieli odpowiednie znajomości, tę trumnę zasypały.
A potem wreszcie przyszło Beltane i coś w środku Brenny pękło, i z każdym kolejnym miesiącem tych pęknięć było więcej i więcej.
Czy przemoc była rozwiązaniem? Na pewno lepszym niż bierność. Czy powinna się bać, dokąd ją to zaprowadzi? Dlaczego, skoro nie wierzyła, że dożyje końca tej wojny – skoro od dawna uważała, że jest jej pisane umrzeć młodo, a gdy wojna się rozpoczęła, tylko się w tej myśli utwierdziła? Skoro od dnia, w którym płonęły ognie Beltane, czuła, że żyje w pożyczonym czasie?
Wciąż jednak miała opory: przynajmniej do pewnego stopnia.
– Nie tyle na nich… nie poproszę cię o zamknięcie w fiolce szatańskiej pożogi – sprostowała Brenna, upiła jeszcze łyk herbaty, a potem odłożyła szklankę, z na wpół wypitym tylko napojem. Głos odruchowo trochę zniżyła i pochyliła się nieco nad stolikiem, aby mieć pewność, że Olivia ją słyszy: choć ten gwar i tłum mugolskich twarzy powinny chronić znacznie skuteczniej niż najgrubsze ściany i zaklęcia wyciszające. – Ale… hm, jeśli ktoś wie, że jego dom może stać się obiektem ataku, zawsze przyda się mu pod ręką fiolka, którą może rzucić… albo użyć, gdyby został ranny – stwierdziła z pewnym zamyśleniem: bardziej chyba nad tym, co powiedzieć, jak powiedzieć, czy w ogóle powinna, niż nad samą sprawą ataków. – Tristan może potrzebować czasu. Avelina… kto wie? Może jeszcze wróci?
Gdy wybije sobie z głowy – i z serca – tego drania, Augustusa Rookwooda, któremu Brenna chętnie połamałaby parę kości. Może przemoc nie była rozwiązaniem, ale w tym wypadku na pewno poprawiłaby jej humor. Nie żeby nie wiedziała, że nie może ot tak iść pobić koronera z Ministerstwa Magii: ale mogła to piękne marzenie, że kiedyś jej pięść spotka się z jego nosem, pielęgnować w zaciszu własnego umysłu.
– Czasem mam ochotę trzasnąć kogoś w łeb, ale ty na pewno na to nie zasłużyłaś – stwierdziła, podnosząc się z miejsca i sięgając po luźną kurtkę. – Odprowadzę cię. I po drodze możemy uzgodnić szczegóły – stwierdziła, kolejne słowa wypowiadając już poza progiem baru: gdy rozejrzała się najpierw odruchowo, upewniając, że w ciemnościach londyńskiej nocy nie czyha na nie żadne niebezpieczeństwo, i że żaden cień nie zbliżył się nadmiernie, by móc podsłuchać rozmowę. – Ministerstwo nie może być wszędzie i hm, obowiązują pewne procedury. Jakiś mugolak zgłasza, że ktoś go obserwuje? To za mało, by wysłać tam ludzi. Ktoś może potrzebować jakichś środków do ochrony? Ministerstwo nie ma budżetu na ich zapewnienie. Ale nikt przecież nie zabroni, aby sąsiad mugolaka dostarczył mu parę eliksirów albo jakiś czas u niego pomieszkiwał, w razie gdyby ten miał zostać napadnięty… można nazwać to grupą samopomocy. Nieoficjalną. I o której raczej nie mówimy głośno. Choćby po to, żeby panowie w maskach nie odwiedzieli dokładnie osób, którym pomogliśmy – wyjaśniała cicho, gdy wędrowały nocnymi ulicami: przynajmniej na razie ograniczając się do pewnych ogólników, skoro Olivia póki co miała zostać raczej dostawcą.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.