11.01.2025, 18:35 ✶
Temat faktycznie został zmieniony. Zero kłótni, sprzeczki, starcia. Może niekoniecznie na taki budujący w nim poczucie komfortu, ale to przynajmniej nie zmuszało go do myślenia o sobie jak o kimś gorszym i bezwartościowym również w oczach ludzi, na których najbardziej mu zależało. Może nie budował wokół siebie wrażenia kogoś, kto bardzo przez to cierpiał - co najwyżej denerwował się kiedy musiał o tym mówić, ale w rzeczywistości takie zdarzenia i nawet nieświadome przytyki wchodziły mu w duszę jakby ktoś wciskał mu drzazgi pod paznokcie. Ciężko było później zasnąć przy kimś, kto się ciebie wstydził, o ile nie zerżnął cię wcześniej tak, żeby to straciło na jakimkolwiek znaczeniu.
Zmierzył go nieco nieobecnym spojrzeniem, dochodząc do siebie po strzepaniu z siebie perspektywy bycia natrętem i wciskania się gdzieś, gdzie nie był mile widziany. Jak czarni pchający się na przód jebanego tramwaju, chociaż żaden inny Amerykanin ich tam nie chciał. To w jaki sposób się ubierał, mówił, funkcjonował, zdobywał... Było rzecz jasna wyrazem buntu przeciwko społeczeństwu, ale ten bunt nie wziął się znikąd. To świat pierwszy zgniótł go, przeżuł, wypluł - udowodnił mu jaką pozycję zajmowały dzieciaki z jego biografią. Jeżeli chciał mieć cokolwiek więcej musiał to sobie wyszarpać. Nikt nie dawał drogich podręczników dziwakom z cyrku, a pieniądze się Bellów zdecydowanie nie trzymały.
- Już się zde-enerwowałem - zauważył, nie odrywając wzroku od tłumu przed nimi. I faktycznie ton jego głosu, mimika, sposób w jaki szedł do przodu - wskazywały na przynajmniej minimalną irytację przepływającą mu teraz przez łeb. Ale było w tym więcej niż gniew - była w tym też miękkość. Nie dało się nie łagodnieć, kiedy Laurent rozpływał się od twojego dotyku. Ta sprzeczność znów doprowadziła go do tego, że nie czuł się zbyt dobrze i miał dla blondyna niemą, ważną wiadomość, której w dodatku musiał się domyślić, bo nikt nie podał mu jej na tacy, a zamiast tego zakodował je w szeregu dziwacznych zachowań. Wiadomość będąca zapisem prawdy o tym, jak działał świat - że nie każda rozmowa musiała być miła, że Crow reagował z emocjami pod sufitem na niemal wszystko co się do niego mówiło, a on musiał się nad tym zastanowić chwilę dłużej. Bo był zwyczajnie wredny, zgorzkniały i zamknięty w sobie. Bo nie panował nad tym co kotłowało się wewnątrz. I jednocześnie to wszystko nie było końcem świata. Było bardzo łatwo doprowadzić go do stanu, w którym miał ochotę w coś uderzyć, albo ordynarnie pluł na chodnik, ale równie łatwo można było go ostudzić lub przekierować tę energię na coś przyjemniejszego niż zdzieranie tapety ze ściany. Można było grać na nim jak na fortepianie, ale nie każdy miał do tego talent. - Nie mam no-owych ubrań jak o nie nie proszę. - Bo nikt w cyrku nie wiedział, że przez piętnaście ostatnich lat ktoś prowadził go w takie miejsca za rękę. Nikt też nie miał odwagi szukać go kiedy znikał na całe dni. Nikt nie miał odwagi zadawać mu pytań. Nikt też jej pewnie nie nabierze po tym, jak usłyszenie odpowiedzi zrujnowało psychicznie Alexandra. - I tak lubię chodzić w tym. - Chyba celowo przeciągnął mówienie tego, żeby rozmowę przerwało im stanięcie przed szyldem, który sam ominąłby bez cienia zainteresowania.
Dopiero będąc w środku, chowając ręce w kieszeniach kiedy tylko Laurent nie chciał ich dotykać i gotując się pod oceniającym spojrzeniem dotarło do niego, że się pomylił. Niby miał rację - nie chodził do takich miejsc, ale miał jakieś głębsze wyobrażenie, zwyczajnie... To było wyobrażenie od dupy strony. Nie obchodziły go nigdy wystrój ani karta dań. Obchodziła go ona - chodząca na jakieś spotkania, podczas których on schowany mniej lub bardziej obserwował ją uważnie gotowy do zatrzymania jakiegokolwiek cienia agresji wymierzonego w jej kierunku. Mało przyjemne wspomnienia. Nie wracał dobrze do chwil, kiedy musiał oceniać czy ręka sunąca w jej kierunku stanowiła zagrożenie, czy zmierzała do jej wyeksponowanego uda. Czy sobie tego życzyła, czy nie. Nic dziwnego, że w pierwszym rzucie nie skojarzył tego z jedzeniem w takim miejscu obiadu. Dopiero atmosfera i zapach przywróciły go w objęcia przeszłości.
Uśmiechnął się do tego mężczyzny krzywo. Ta krzywizna już z jego ust nie schodziła. Oto był Crow, którego Laurent mógł pamiętać ze Ścieżek. Wiecznie wkurwiony, lekko przygarbiony, mówiący głosem, jakby chciał wrzucić ci na łeb śmietnik i kopnąć go z całej siły za każde zdanie, którego nie powinieneś mówić. Pojawiał się, robił swoje i znikał. Budujący wrażenie, że jeżeli nie byliście równi (a przecież na pewno uważał, że znajduje się wyżej w hierarchii niż ty!), nie miałeś po co zaczynać z tym czymś rozmowy.
Mijało kilka lat i okazywało się, że była to maska zasłaniająca stres.
Okropny zbir będący cieniem pani Podziemi, musiał zabierać się w sobie żeby coś powiedzieć. Przeglądał tę kartę jakby bardzo nie chciał tutaj być, jakby ten facet go niemożliwie irytował, jakby miał zaraz wstać stąd i wyjść denerwując innych gości. Pudło. Naprawdę nie wiedział co miałby wybrać w takim miejscu. W dodatku rozproszyło go to, że Laurent poprosił o alkohol. Nie mógł o to teraz zapytać, a zaraz wypadnie mu to z głowy. Więc siedział tak, rozwalony na tej kanapie nieco nieelegancko, cudem powstrzymawszy się od ściągnięcia buta, żeby położyć na niej nogę i testował cierpliwość... kelnera? Bo była taka część pomiędzy daniami i napojami. Bardzo ważna część, której mi tutaj brakowało. Menu dla dzieci. To zawsze pełne najbardziej zjadliwych rzeczy i słodyczy. Gdzie ono było? Nie było go wcale? No to zaczął wybierać coś innego, a jeżeli jakimś cudem nie rozpoznał żadnej nazwy i nie skojarzył jej z gorzkim smakiem, po kilku minutach walki poprosił o wodę gazowaną. Jak gdyby nigdy nic się tutaj nie wydarzyło.
Zmierzył go nieco nieobecnym spojrzeniem, dochodząc do siebie po strzepaniu z siebie perspektywy bycia natrętem i wciskania się gdzieś, gdzie nie był mile widziany. Jak czarni pchający się na przód jebanego tramwaju, chociaż żaden inny Amerykanin ich tam nie chciał. To w jaki sposób się ubierał, mówił, funkcjonował, zdobywał... Było rzecz jasna wyrazem buntu przeciwko społeczeństwu, ale ten bunt nie wziął się znikąd. To świat pierwszy zgniótł go, przeżuł, wypluł - udowodnił mu jaką pozycję zajmowały dzieciaki z jego biografią. Jeżeli chciał mieć cokolwiek więcej musiał to sobie wyszarpać. Nikt nie dawał drogich podręczników dziwakom z cyrku, a pieniądze się Bellów zdecydowanie nie trzymały.
- Już się zde-enerwowałem - zauważył, nie odrywając wzroku od tłumu przed nimi. I faktycznie ton jego głosu, mimika, sposób w jaki szedł do przodu - wskazywały na przynajmniej minimalną irytację przepływającą mu teraz przez łeb. Ale było w tym więcej niż gniew - była w tym też miękkość. Nie dało się nie łagodnieć, kiedy Laurent rozpływał się od twojego dotyku. Ta sprzeczność znów doprowadziła go do tego, że nie czuł się zbyt dobrze i miał dla blondyna niemą, ważną wiadomość, której w dodatku musiał się domyślić, bo nikt nie podał mu jej na tacy, a zamiast tego zakodował je w szeregu dziwacznych zachowań. Wiadomość będąca zapisem prawdy o tym, jak działał świat - że nie każda rozmowa musiała być miła, że Crow reagował z emocjami pod sufitem na niemal wszystko co się do niego mówiło, a on musiał się nad tym zastanowić chwilę dłużej. Bo był zwyczajnie wredny, zgorzkniały i zamknięty w sobie. Bo nie panował nad tym co kotłowało się wewnątrz. I jednocześnie to wszystko nie było końcem świata. Było bardzo łatwo doprowadzić go do stanu, w którym miał ochotę w coś uderzyć, albo ordynarnie pluł na chodnik, ale równie łatwo można było go ostudzić lub przekierować tę energię na coś przyjemniejszego niż zdzieranie tapety ze ściany. Można było grać na nim jak na fortepianie, ale nie każdy miał do tego talent. - Nie mam no-owych ubrań jak o nie nie proszę. - Bo nikt w cyrku nie wiedział, że przez piętnaście ostatnich lat ktoś prowadził go w takie miejsca za rękę. Nikt też nie miał odwagi szukać go kiedy znikał na całe dni. Nikt nie miał odwagi zadawać mu pytań. Nikt też jej pewnie nie nabierze po tym, jak usłyszenie odpowiedzi zrujnowało psychicznie Alexandra. - I tak lubię chodzić w tym. - Chyba celowo przeciągnął mówienie tego, żeby rozmowę przerwało im stanięcie przed szyldem, który sam ominąłby bez cienia zainteresowania.
Dopiero będąc w środku, chowając ręce w kieszeniach kiedy tylko Laurent nie chciał ich dotykać i gotując się pod oceniającym spojrzeniem dotarło do niego, że się pomylił. Niby miał rację - nie chodził do takich miejsc, ale miał jakieś głębsze wyobrażenie, zwyczajnie... To było wyobrażenie od dupy strony. Nie obchodziły go nigdy wystrój ani karta dań. Obchodziła go ona - chodząca na jakieś spotkania, podczas których on schowany mniej lub bardziej obserwował ją uważnie gotowy do zatrzymania jakiegokolwiek cienia agresji wymierzonego w jej kierunku. Mało przyjemne wspomnienia. Nie wracał dobrze do chwil, kiedy musiał oceniać czy ręka sunąca w jej kierunku stanowiła zagrożenie, czy zmierzała do jej wyeksponowanego uda. Czy sobie tego życzyła, czy nie. Nic dziwnego, że w pierwszym rzucie nie skojarzył tego z jedzeniem w takim miejscu obiadu. Dopiero atmosfera i zapach przywróciły go w objęcia przeszłości.
Uśmiechnął się do tego mężczyzny krzywo. Ta krzywizna już z jego ust nie schodziła. Oto był Crow, którego Laurent mógł pamiętać ze Ścieżek. Wiecznie wkurwiony, lekko przygarbiony, mówiący głosem, jakby chciał wrzucić ci na łeb śmietnik i kopnąć go z całej siły za każde zdanie, którego nie powinieneś mówić. Pojawiał się, robił swoje i znikał. Budujący wrażenie, że jeżeli nie byliście równi (a przecież na pewno uważał, że znajduje się wyżej w hierarchii niż ty!), nie miałeś po co zaczynać z tym czymś rozmowy.
Mijało kilka lat i okazywało się, że była to maska zasłaniająca stres.
Okropny zbir będący cieniem pani Podziemi, musiał zabierać się w sobie żeby coś powiedzieć. Przeglądał tę kartę jakby bardzo nie chciał tutaj być, jakby ten facet go niemożliwie irytował, jakby miał zaraz wstać stąd i wyjść denerwując innych gości. Pudło. Naprawdę nie wiedział co miałby wybrać w takim miejscu. W dodatku rozproszyło go to, że Laurent poprosił o alkohol. Nie mógł o to teraz zapytać, a zaraz wypadnie mu to z głowy. Więc siedział tak, rozwalony na tej kanapie nieco nieelegancko, cudem powstrzymawszy się od ściągnięcia buta, żeby położyć na niej nogę i testował cierpliwość... kelnera? Bo była taka część pomiędzy daniami i napojami. Bardzo ważna część, której mi tutaj brakowało. Menu dla dzieci. To zawsze pełne najbardziej zjadliwych rzeczy i słodyczy. Gdzie ono było? Nie było go wcale? No to zaczął wybierać coś innego, a jeżeli jakimś cudem nie rozpoznał żadnej nazwy i nie skojarzył jej z gorzkim smakiem, po kilku minutach walki poprosił o wodę gazowaną. Jak gdyby nigdy nic się tutaj nie wydarzyło.