Pozwolił przewrócić kartkę w trzymanym przez siebie menu, nie robiąc mu już przy tym większego obciachu i skinął głową do kelnera na znak, że może sobie iść.
Niezręczność wcale nie opadła. Wciąż miał na sobie maskę, za którą chował się zawsze, kiedy przestawał być sam. Kiedy znów dostrzegał, że nie znajduje się już w bezpiecznych czterech ścianach z człowiekiem, którego kocha. Kiedy nie mógł ukryć się w tłumie. Pewnie nawet Laurent, skopany i zastraszony ledwie dwa miesiące temu, zdziwiłby się jak okrutny i głośny teatrzyk potrafił rozegrać żeby utrzymać opinię człowieka, do którego nie powinno się zbliżać. Wcale się pod tym względem nie zmienił i niekoczniecznie zamierzał cokolwiek z tym robić - sam fakt otwierania się na drugiego człowieka zajmował całą jego uwagę i chęć do dostrajania swojego zachowania - gdzie w tym miejsce na innych? Nigdzie. Na innych nie było przestrzeni. Gdzieś ich miał. Nikt inny poza tymi, co ich sobie wybrał i wpuścił do siebie, nie dowie się nigdy, że jego brzuszek też był mięciutki i miły jako poduszka. Obcy ludzie byli obdarowywani jedną z arsenału zniechęconych, paskudnych min.
- Nie musisz... obchodzić się ze mną jak z porcelaną, Laurent. - Zresztą już nie pierwszy raz działało to na niego jak płachta na byka. Reagowanie na niego jakby był wkurwiony jeszcze zanim się wkurwił. Próba ostudzenia tego, co w nim narastało stawała się coraz trudniejsza. - Nigdzie się nie wybieram. I nie, nie mówię tego tylko o tym miejscu. Mówię o twoim życiu. - Więc mów do mnie normalnie? To chciał mu powiedzieć? Sam już nie wiedział.
Ostatnim co miał w ustach były gin i woda. To stąd ten gorzki smak, czy znowu coś sobie uroił? Odrzucając od siebie tę zagadkę objął go ręką, kładąc łokieć na oparciu kanapy. Nie wiedział jak się miało obściskiwanie w miejscu publicznym z tym, że nie chciał denerwować swojego ojca, ale... W życiu by się od niego w takim momencie nie odsunął. Na dotyk zareagował jak zawsze - bliskością i ciepłem. Chciał mieć tę rączkę na kolanie. Od tej głowy na ramieniu robiło mu się przyjemnie ciepło. Pocałował go tam gdzie sięgnął, żeby przypieczętować to co powiedział.
- I bardzo kurwa dobrze. - Że mu się kojarzył z gwiazdami. Po tonie głosu, bardzo cichym, ale wciąż dowcipnym, dało się wyczuć jak planuje rzucić czymś, co miało przełamać jakoś to napięcie. - Nie po to opowiadałem ci o tym martwym, ruskim psie, żebyś w nie patrzył myśląc o jakimkolwiek innym fagasie. - Przesunął palcami trzymanymi na jego ramieniu z góry na dół. - Mogę mieć w dupie tę restaurację, ale nie mam w dupie ciebie - wywrócił oczyma - wiesz, moglibyśmy to zmienić, gdybyś chciał mnie stuknąć, ale - nie o tym mowa - rzecz jest taka - lubię jak ci się buzia nie zamyka, więc zamiast bać się tego, że przerośnie mnie wysiedzenie obok przez godzinę, zacznij coś opowiadać. Nie uwierzę, że tak lubisz to miejsce i nie wiąże cię z nim żadna ciekawa historia. - Jego oczy, błyszczące w świetle tej sztucznej zorzy, iskrzyły się jej kolorami dodając mu nieco więcej uroku. On sam w ogóle się na tym niebie nie skupiał. Okej, to było całkiem ładne falujące światło, ale co go ono obchodziło? Zachowywał czujność wobec otoczenia i tego, jaki Prewett był cieplutki, walcząc z tym żeby nie zamknąć oczu.
Zapomniał o tym jedzeniu. Za chwilę będą mieli powtórkę z rozrywki.
Niezręczność wcale nie opadła. Wciąż miał na sobie maskę, za którą chował się zawsze, kiedy przestawał być sam. Kiedy znów dostrzegał, że nie znajduje się już w bezpiecznych czterech ścianach z człowiekiem, którego kocha. Kiedy nie mógł ukryć się w tłumie. Pewnie nawet Laurent, skopany i zastraszony ledwie dwa miesiące temu, zdziwiłby się jak okrutny i głośny teatrzyk potrafił rozegrać żeby utrzymać opinię człowieka, do którego nie powinno się zbliżać. Wcale się pod tym względem nie zmienił i niekoczniecznie zamierzał cokolwiek z tym robić - sam fakt otwierania się na drugiego człowieka zajmował całą jego uwagę i chęć do dostrajania swojego zachowania - gdzie w tym miejsce na innych? Nigdzie. Na innych nie było przestrzeni. Gdzieś ich miał. Nikt inny poza tymi, co ich sobie wybrał i wpuścił do siebie, nie dowie się nigdy, że jego brzuszek też był mięciutki i miły jako poduszka. Obcy ludzie byli obdarowywani jedną z arsenału zniechęconych, paskudnych min.
- Nie musisz... obchodzić się ze mną jak z porcelaną, Laurent. - Zresztą już nie pierwszy raz działało to na niego jak płachta na byka. Reagowanie na niego jakby był wkurwiony jeszcze zanim się wkurwił. Próba ostudzenia tego, co w nim narastało stawała się coraz trudniejsza. - Nigdzie się nie wybieram. I nie, nie mówię tego tylko o tym miejscu. Mówię o twoim życiu. - Więc mów do mnie normalnie? To chciał mu powiedzieć? Sam już nie wiedział.
Ostatnim co miał w ustach były gin i woda. To stąd ten gorzki smak, czy znowu coś sobie uroił? Odrzucając od siebie tę zagadkę objął go ręką, kładąc łokieć na oparciu kanapy. Nie wiedział jak się miało obściskiwanie w miejscu publicznym z tym, że nie chciał denerwować swojego ojca, ale... W życiu by się od niego w takim momencie nie odsunął. Na dotyk zareagował jak zawsze - bliskością i ciepłem. Chciał mieć tę rączkę na kolanie. Od tej głowy na ramieniu robiło mu się przyjemnie ciepło. Pocałował go tam gdzie sięgnął, żeby przypieczętować to co powiedział.
- I bardzo kurwa dobrze. - Że mu się kojarzył z gwiazdami. Po tonie głosu, bardzo cichym, ale wciąż dowcipnym, dało się wyczuć jak planuje rzucić czymś, co miało przełamać jakoś to napięcie. - Nie po to opowiadałem ci o tym martwym, ruskim psie, żebyś w nie patrzył myśląc o jakimkolwiek innym fagasie. - Przesunął palcami trzymanymi na jego ramieniu z góry na dół. - Mogę mieć w dupie tę restaurację, ale nie mam w dupie ciebie - wywrócił oczyma - wiesz, moglibyśmy to zmienić, gdybyś chciał mnie stuknąć, ale - nie o tym mowa - rzecz jest taka - lubię jak ci się buzia nie zamyka, więc zamiast bać się tego, że przerośnie mnie wysiedzenie obok przez godzinę, zacznij coś opowiadać. Nie uwierzę, że tak lubisz to miejsce i nie wiąże cię z nim żadna ciekawa historia. - Jego oczy, błyszczące w świetle tej sztucznej zorzy, iskrzyły się jej kolorami dodając mu nieco więcej uroku. On sam w ogóle się na tym niebie nie skupiał. Okej, to było całkiem ładne falujące światło, ale co go ono obchodziło? Zachowywał czujność wobec otoczenia i tego, jaki Prewett był cieplutki, walcząc z tym żeby nie zamknąć oczu.
Zapomniał o tym jedzeniu. Za chwilę będą mieli powtórkę z rozrywki.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.