11.01.2025, 21:48 ✶
Spotkały się rano, w mglistej godzinie przedświtu – trochę wina Brenny, bo tego dnia miała służbę i ani nie chciała, ani nie mogła przełożyć dyżuru. Do rozpoczęcia pracy pozostało jej jednak jeszcze dość czasu, aby mogła wraz z Pandorą udać się do państwa Fitzpatrick, a potem może faktycznie siąść z nią gdzieś na śniadaniu – dla Brenny pierwszym, naprawdę nie zapominała o jedzeniu i miała w torbie kanapki, ale przed wyjściem po prostu zabrakło jej czasu – i pewnie spróbować dowiedzieć się trochę więcej niż mogła wywnioskować z lakonicznej dość wymiany listów.
– Pomyślałam o kawie – powiedziała z pewnym rozbawieniem, podsuwając Pandorze jeden z dwóch kubków, które zabrała z domu. Oba były wypełnione kawą, w przypadku Brenny mocną, pozbawioną mleka i cukru (nawet jeśli wolała tak naprawdę słabszą, ale praca już dawno sprawiła, że zaczęła od kawy oczekiwać głównie tego, by była pełna kofeiny), a dla Pandory już z dodatkami. – Jeśli chodzi o śniadanie, zależy trochę, ile tutaj zejdzie, ale myślę, że się wyrobimy – stwierdziła, zerkając odruchowo na zegarek: stary, z trochę porysowaną tarczą, kiedyś luksusowy, ale to „kiedyś” bez wątpienia było bardzo, bardzo wiele lat wcześniej. Szybkie kalkulacje wskazywały na to, że w najgorszym wypadku będzie mogła poświęcić pół godziny, po prostu nie pojawi się w pracy wcześniej.
Chciała zadać parę pytań. A poza tym chciała po prostu poświęcić trochę czasu Pandorze, bo jej ton wskazywał na to, że faktycznie zależało jej na rozmowie. Nie wspominając już o tym, że list od Prewettówny przypomniał Brennie o słowach Laurenta sprzed paru dni – na balu Prewettów mieli ogłosić zaręczyny… Było to zaskakujące, ale też trochę zbyt delikatne, aby Brenna uznała za stosowne dopytywać ją o ten temat listownie.
– Piętnaście. Drugie piętro – przypomniała, zadzierając głowę, by spojrzeć w okna mieszkania. – Nie poznałaś ich, prawda?
Pani Fitzpatrick była mugolaczką, a oboje pracowali po prostu w okolicznych sklepach. Nie żeby Brenna podejrzewała Pandorę o uprzedzenia na tym tle. Pandora zawsze zdawała się Brennie kobietą z sercem na dłoni, pełną ciepła, troszczącą się nie tylko o swoich bliskich, ale też wrażliwą na krzywdę innych, i nie dbającą w pierwszej kolejności o własny interes. Jeśli takie osoby przeszłyby na tę drugą stronę… to chyba nie byłoby już o co walczyć. Nawet jeżeli zawsze gdzieś z tyłu głowy Longbottom czaiła się ostrożność, to nie tak dawno temu Pandora przecież prosiła, aby poduczyć jej walki właśnie dlatego, że spodziewała się, że prędzej czy później może znaleźć się w kłopotach z powodów śmierciożerców.
– Wszystko w porządku, dużo pracy było latem, ale teraz trochę się uspokoiło. Mam trochę prywatnych spraw do pozałatwiania, ale też bez specjalnych szaleństw – odparła lekko, przenosząc wzrok na Pandorę. – A ty? Miałaś czas potrenować trochę szermierkę? Przepraszam, że w ostatnich dniach nie mogłam ci pomóc.
Miała trochę inne plany, które wprawdzie się posypały, ale natychmiast zostały zastąpione jeszcze innymi planami.
– Pomyślałam o kawie – powiedziała z pewnym rozbawieniem, podsuwając Pandorze jeden z dwóch kubków, które zabrała z domu. Oba były wypełnione kawą, w przypadku Brenny mocną, pozbawioną mleka i cukru (nawet jeśli wolała tak naprawdę słabszą, ale praca już dawno sprawiła, że zaczęła od kawy oczekiwać głównie tego, by była pełna kofeiny), a dla Pandory już z dodatkami. – Jeśli chodzi o śniadanie, zależy trochę, ile tutaj zejdzie, ale myślę, że się wyrobimy – stwierdziła, zerkając odruchowo na zegarek: stary, z trochę porysowaną tarczą, kiedyś luksusowy, ale to „kiedyś” bez wątpienia było bardzo, bardzo wiele lat wcześniej. Szybkie kalkulacje wskazywały na to, że w najgorszym wypadku będzie mogła poświęcić pół godziny, po prostu nie pojawi się w pracy wcześniej.
Chciała zadać parę pytań. A poza tym chciała po prostu poświęcić trochę czasu Pandorze, bo jej ton wskazywał na to, że faktycznie zależało jej na rozmowie. Nie wspominając już o tym, że list od Prewettówny przypomniał Brennie o słowach Laurenta sprzed paru dni – na balu Prewettów mieli ogłosić zaręczyny… Było to zaskakujące, ale też trochę zbyt delikatne, aby Brenna uznała za stosowne dopytywać ją o ten temat listownie.
– Piętnaście. Drugie piętro – przypomniała, zadzierając głowę, by spojrzeć w okna mieszkania. – Nie poznałaś ich, prawda?
Pani Fitzpatrick była mugolaczką, a oboje pracowali po prostu w okolicznych sklepach. Nie żeby Brenna podejrzewała Pandorę o uprzedzenia na tym tle. Pandora zawsze zdawała się Brennie kobietą z sercem na dłoni, pełną ciepła, troszczącą się nie tylko o swoich bliskich, ale też wrażliwą na krzywdę innych, i nie dbającą w pierwszej kolejności o własny interes. Jeśli takie osoby przeszłyby na tę drugą stronę… to chyba nie byłoby już o co walczyć. Nawet jeżeli zawsze gdzieś z tyłu głowy Longbottom czaiła się ostrożność, to nie tak dawno temu Pandora przecież prosiła, aby poduczyć jej walki właśnie dlatego, że spodziewała się, że prędzej czy później może znaleźć się w kłopotach z powodów śmierciożerców.
– Wszystko w porządku, dużo pracy było latem, ale teraz trochę się uspokoiło. Mam trochę prywatnych spraw do pozałatwiania, ale też bez specjalnych szaleństw – odparła lekko, przenosząc wzrok na Pandorę. – A ty? Miałaś czas potrenować trochę szermierkę? Przepraszam, że w ostatnich dniach nie mogłam ci pomóc.
Miała trochę inne plany, które wprawdzie się posypały, ale natychmiast zostały zastąpione jeszcze innymi planami.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.