11.01.2025, 23:11 ✶
Uniósł w górę brew, bo jak niby miał to źle odbierać?
Przejmowanie się jego samopoczuciem... Ha, gdyby za każdym pierdolonym razem pytać go o to czego chciał, chodzić przy nim jak na paluszkach, gdyby go czasem nie wyszarpać ze strefy komfortu, w której się krył w przerażeniu przed światem i jego oczywistościami, Crow nigdy by nie istniał. The Edge nigdy by nie istniał. Nie istniałby nawet Flynn - bo mały Fleamont wcale nie chciał odchodzić z ulicy, na której porzuciła go matka, głęboko wierząc, że kobieta miała wrócić po niego po wypchnięciu go z samochodu nogą. Nie wiedział, jak poruszyć ten temat, bo to też nie było tak, że zamierzał ulegle godzić się na wszystko. Ale na ten obiad zgodził się już ile razy? I wciąż słyszał, że może jednak chce iść do domu, bo coś tam. No kurwa.
- To żeś sobie faceta dobrał jak nie lubisz kwaśnych min - podsumował go, chyba pierwszy raz wciskając mu się pomiędzy wiersze. Gdyby miał peta, to by go teraz zgasił w popielniczce. Niestety peta nie miał - stanęło więc na przesunięciu palcami po jego dłoni, przesuwając ją przy okazji na swoje udo. Tak to była pułapka. Jak to wtedy powiedział...? Że nie będzie mógł już nigdy spojrzeć w niebo, nie myśląc o psie. Sam się teraz zdziwił, że użył takiej gry słów, ale jeszcze bardziej zdziwiło go to, że pozostała przez Laurenta niezauważoną lub pominiętą.
Odwrócił głowę w jego kierunku, łapiąc kontakt wzrokowy. Nie wierzył w to, że nie istniało nic ciekawego, co mógłby o tym miejscu opowiedzieć. O wszystkim miało się jakieś historie. Jedne były ciekawe, inne całkowicie zwyczajne - ale to wcale nie znaczyło przecież, że nie były historiami wartymi opowiedzenia. Nie wytrącił go jednak z tego błędu, zamiast tego pocałował go w nosek, podsunął mu swoje menu do ręki z niemym proszę wypisanym na ustach, po czym wrócił do pozycji z rękoma wyłożonymi na oparciu kanapy. Takiej, w której jego łokieć znajdował się za plecami Laurenta, zamykając go wizualnie w ciasnej przestrzeni wokół siebie. Zupełnie jakby na moment ich role się odwróciły i miał przestać gadać o tym, że to Laurent go miał, a przecież zawsze używał tych właśnie słów. To on był posiadany. Zawsze on. Jednak dla widza to musiało być oczywiste - to Crow miał Laurenta, w swoich ciasnych, czarnych szponach.
- Zamieniam się w słuch.
I naprawdę zamierzał wysłuchać każdego trajkotania, mrucząc i wykonując gesty głową na znak, że nie odpłynął gdzieś myślami w bok. Zadając mu pytania, co z tego menu lubił (to faktycznie go obchodziło - bo jeżeli istniało coś, co Laurent lubił jeść, to mógłby mu to przynosić częściej), albo co poleca dla niego (to obchodziło go mniej - zresztą widać było, że był zwyczajnie głodny i bardziej zależało mu na najedzeniu się, a nie na smaku).
Przejmowanie się jego samopoczuciem... Ha, gdyby za każdym pierdolonym razem pytać go o to czego chciał, chodzić przy nim jak na paluszkach, gdyby go czasem nie wyszarpać ze strefy komfortu, w której się krył w przerażeniu przed światem i jego oczywistościami, Crow nigdy by nie istniał. The Edge nigdy by nie istniał. Nie istniałby nawet Flynn - bo mały Fleamont wcale nie chciał odchodzić z ulicy, na której porzuciła go matka, głęboko wierząc, że kobieta miała wrócić po niego po wypchnięciu go z samochodu nogą. Nie wiedział, jak poruszyć ten temat, bo to też nie było tak, że zamierzał ulegle godzić się na wszystko. Ale na ten obiad zgodził się już ile razy? I wciąż słyszał, że może jednak chce iść do domu, bo coś tam. No kurwa.
- To żeś sobie faceta dobrał jak nie lubisz kwaśnych min - podsumował go, chyba pierwszy raz wciskając mu się pomiędzy wiersze. Gdyby miał peta, to by go teraz zgasił w popielniczce. Niestety peta nie miał - stanęło więc na przesunięciu palcami po jego dłoni, przesuwając ją przy okazji na swoje udo. Tak to była pułapka. Jak to wtedy powiedział...? Że nie będzie mógł już nigdy spojrzeć w niebo, nie myśląc o psie. Sam się teraz zdziwił, że użył takiej gry słów, ale jeszcze bardziej zdziwiło go to, że pozostała przez Laurenta niezauważoną lub pominiętą.
Odwrócił głowę w jego kierunku, łapiąc kontakt wzrokowy. Nie wierzył w to, że nie istniało nic ciekawego, co mógłby o tym miejscu opowiedzieć. O wszystkim miało się jakieś historie. Jedne były ciekawe, inne całkowicie zwyczajne - ale to wcale nie znaczyło przecież, że nie były historiami wartymi opowiedzenia. Nie wytrącił go jednak z tego błędu, zamiast tego pocałował go w nosek, podsunął mu swoje menu do ręki z niemym proszę wypisanym na ustach, po czym wrócił do pozycji z rękoma wyłożonymi na oparciu kanapy. Takiej, w której jego łokieć znajdował się za plecami Laurenta, zamykając go wizualnie w ciasnej przestrzeni wokół siebie. Zupełnie jakby na moment ich role się odwróciły i miał przestać gadać o tym, że to Laurent go miał, a przecież zawsze używał tych właśnie słów. To on był posiadany. Zawsze on. Jednak dla widza to musiało być oczywiste - to Crow miał Laurenta, w swoich ciasnych, czarnych szponach.
- Zamieniam się w słuch.
I naprawdę zamierzał wysłuchać każdego trajkotania, mrucząc i wykonując gesty głową na znak, że nie odpłynął gdzieś myślami w bok. Zadając mu pytania, co z tego menu lubił (to faktycznie go obchodziło - bo jeżeli istniało coś, co Laurent lubił jeść, to mógłby mu to przynosić częściej), albo co poleca dla niego (to obchodziło go mniej - zresztą widać było, że był zwyczajnie głodny i bardziej zależało mu na najedzeniu się, a nie na smaku).
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.