Nigdy tego nie zrozumie. Tak samo jak wąchania wina, albo brania go do ust tylko po to, żeby je wypluć do wiadra trzymanego przez kelnera. Niby nie pokręcił głową, ani nie wydał żadnego dźwięku sugerującego dezaprobatę, ale siedział bardzo drętwo, wpatrując się w prawdopodobnie najmniej ciekawy fragment ściany, na którym światło zorzy tworzyło delikatną, błyszczącą poświatę. Powinien mu powiedzieć, że nie musiał jeść w kółko słodkich rzeczy? Że nie trzeba było aż tak przebierać w potrawach, bo przyzwyczaił się już do połykania jedzenia w całości i wcześniej nie potrafił tego robić przy nim, żeby nie zniszczyć swojego występu? Mógłby i sam go piętnował za brak szczerości lub niezadawanie pierwszych lepszych pytań przychodzących do głowy, ale ha... im dłużej tutaj siedzieli, tym bardziej było widać, jak mu cholernie zależy. No to milczał wciąż. Milczał, bo Laurentowi zależało, więc smutno to pisać - pewnie byłoby mu przykro, gdyby to wiedział, ale Crow faktycznie uciekł teraz myślami do kogoś innego. Do kogoś, kto wiedział, jaka mina odpowiada za co... jeszcze zanim wiedział to sam Crow.
Ale dużo rzeczy sprowadzało go do tego momentu. Jego bliskość. Jego uśmiech. Kelnerka spisująca dania, którą zmierzył nieco mniej krzywym spojrzeniem, ale wciąż zniechęcającym do nawiązania dłuższej konwersacji. Nie narzekał na to, że wreszcie sobie poszła, chociaż nie powinien przecież fukać na nią - odpowiadała jedynie na zadane pytania i wykonywała dobrze swoją pracę - to Laurent był odpowiedzialny za to, że zatrzymała się tutaj na dłużej niż musiała. Tego również w żaden sposób nie skomentował - zamiast tego zaczął bawić się fragmentem jego koszuli. Nie przestał tego robić przy zapowiedzi opowieści, ale spojrzał na niego tak, że od razu było wiadomo - zebrał całą jego uwagę.
Z jakiegoś powodu małoletni złodziej od razu skojarzył mu się z zastawą stołową. Był w błędzie. Wysłuchał go, z lekkim uśmiechem wypełzającym w kąciki ust. Był tym rozbawiony i wcale nie uważał tego za wstydliwe, więc przyjął przy tym postawę otwartą. Drgnął dopiero przy wspomnieniu niewiasty, cudem powstrzymując się przed charakterystycznym dla siebie ściągnięciem warg w wąską linię. Opamiętał się w ostatniej chwili.
- Moja mała księżniczka podpierdzielała jedzenie ze stołu obcym ludziom, aww. - Zagrał swoim głosem tak, żeby wskazywał na głębokie rozczulenie. Chwycił go wolną dłonią za twarz, przysuwając go do siebie, żeby cmoknąć go w policzek. Taki z niego był wesołek. A jednak coś go ukuło. Mógłby zapytać: jesteś jednym z tych dziwaków, którzy jedzą żywe świerszcze? Był taki kandydat na szczura, mały Jim, który kiedyś na jego oczach wpierdolił karalucha i chociaż nie mógł nie docenić tego, że robal przestał po nim łazić i go wkurwiać, następnego dnia poprosił Fontaine o to, żeby Jim zniknął. To była jedna z rzeczy, co się ich nigdy nie zapomina. Ale co normalnego człowieka zdenerwowałoby bardziej? To, że jego wybranka serca je żywe, pełzające po talerzu stworki i zachwyca się tym tak, jakby to miało być dobre żarcie, czy zaproszenie kogoś jeszcze do tej samej restauracji, chociaż stało się to pewnie z rok temu, kiedy byłeś dla niej tylko mglistym wspomnieniem? No właśnie. Dlatego Crow działał na odwrót. Bo normalny nie był. - To ten moment, od którego swobodnie mówimy o swoich ex?
Ale dużo rzeczy sprowadzało go do tego momentu. Jego bliskość. Jego uśmiech. Kelnerka spisująca dania, którą zmierzył nieco mniej krzywym spojrzeniem, ale wciąż zniechęcającym do nawiązania dłuższej konwersacji. Nie narzekał na to, że wreszcie sobie poszła, chociaż nie powinien przecież fukać na nią - odpowiadała jedynie na zadane pytania i wykonywała dobrze swoją pracę - to Laurent był odpowiedzialny za to, że zatrzymała się tutaj na dłużej niż musiała. Tego również w żaden sposób nie skomentował - zamiast tego zaczął bawić się fragmentem jego koszuli. Nie przestał tego robić przy zapowiedzi opowieści, ale spojrzał na niego tak, że od razu było wiadomo - zebrał całą jego uwagę.
Z jakiegoś powodu małoletni złodziej od razu skojarzył mu się z zastawą stołową. Był w błędzie. Wysłuchał go, z lekkim uśmiechem wypełzającym w kąciki ust. Był tym rozbawiony i wcale nie uważał tego za wstydliwe, więc przyjął przy tym postawę otwartą. Drgnął dopiero przy wspomnieniu niewiasty, cudem powstrzymując się przed charakterystycznym dla siebie ściągnięciem warg w wąską linię. Opamiętał się w ostatniej chwili.
- Moja mała księżniczka podpierdzielała jedzenie ze stołu obcym ludziom, aww. - Zagrał swoim głosem tak, żeby wskazywał na głębokie rozczulenie. Chwycił go wolną dłonią za twarz, przysuwając go do siebie, żeby cmoknąć go w policzek. Taki z niego był wesołek. A jednak coś go ukuło. Mógłby zapytać: jesteś jednym z tych dziwaków, którzy jedzą żywe świerszcze? Był taki kandydat na szczura, mały Jim, który kiedyś na jego oczach wpierdolił karalucha i chociaż nie mógł nie docenić tego, że robal przestał po nim łazić i go wkurwiać, następnego dnia poprosił Fontaine o to, żeby Jim zniknął. To była jedna z rzeczy, co się ich nigdy nie zapomina. Ale co normalnego człowieka zdenerwowałoby bardziej? To, że jego wybranka serca je żywe, pełzające po talerzu stworki i zachwyca się tym tak, jakby to miało być dobre żarcie, czy zaproszenie kogoś jeszcze do tej samej restauracji, chociaż stało się to pewnie z rok temu, kiedy byłeś dla niej tylko mglistym wspomnieniem? No właśnie. Dlatego Crow działał na odwrót. Bo normalny nie był. - To ten moment, od którego swobodnie mówimy o swoich ex?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.