-Po Egipcie wracamy do domu. Mamy tu tylko posprzątać, nie zamieszkać na stałe.
Chociaż po listownej odpowiedzi Rity zaczął się po trochu zastanawiać, czy nie zbliżał się już czas, by szukać własnych czterech kątów. Nie wierzył, żeby właśnie to matka próbowała im zasugerować tą nagłą prośbą i ani trochę nie przeszkadzało mu mieszkanie z rodziną, ale kiedyś przyjdzie pora również na nich. Gdyby Charlotte chciała, żeby jej dzieci zaczęły szukać sobie własnych mieszkań, powiedziałaby im to wprost. To było pewne.
-Nie sądzę, żeby zbieranie go było dobrym pomysłem - powiedział, odwracając się do brata. -Nie wiemy, jak zniósłby podróż i zmianę klimatu i z pewnością nie będziemy mieli tyle czasu, by się nim zajmować. A mama da sobie radę z nim przez te kilka dni - dodał z uśmiechem.
Poza tym, czy nie byłoby to już nadużycie? Nie zdziwiło go, że Anthony zabierał do Egiptu Ritę, ale zabierał również jego i Theo. Proszenie go, by mogli zabrać ze sobą również psa, mogłoby być nie na miejscu.
-Jak znowu coś odstawi, to pewnie tak - wzruszył ramionami na słowa brata, mając w myślach oczywiście artykuł, o którym wspominała mu Electra. -Albo zastanawiają się z Jonathanem, jaki skandal odwalić z zaręczynami tym razem i z jakiegoś powodu nie mogą tego zrobić u niego, ani nigdzie indziej i musiała poprosić nas, żebyśmy zniknęli z mieszkania przed wyjazdem, bo ucieczka do Stanów drugi raz nie zadziała - i z tymi słowami zostawił swoje rodzeństwo na dole, zakładając, że po prostu widzieli już ten artykuł.
Nie, w domu nie byli sami, o czym Jessie przekonał się w gabinecie, z którego wybiegło... Coś... Uderzenie w czoło nie zraniło go, chociaż zaczerwienienie z pewnością nie zniknie w ciągu kilku minut.
Kląc cicho, wybiegł z gabinetu (pod regałem z książkami zauważył jeszcze dwie puste butelki) i rozejrzał się, w którą stronę pobiegła istota. Oczywiście, że w stronę schodów.
Skrzat domowy, ubrany w pozszywane kawałki materiałów różnego rodzaju i koloru, zatrzymał się przed pierwszym schodkiem, mierząc zamglonymi oczami Ritę i Theo, czkając i przyciskając do piersi kolejną butelkę.
Przynajmniej wiedzieli, że skrzat nadal żyje.
Skrzat przetarł oczy, czknął, pogładził butelkę i stał tak kilka sekund, zanim wrzasnął, wyrzucając ręce w powietrze i z okrzykiem, którym chyba miało być "Ku chwale Pani i Pana", ale wyszedł pijacki bełkot, ruszył do "walki". I jeśli żadne z nich nie zdołałoby go jakkolwiek zatrzymać, skrzat jakże majestatycznie stoczyły się ze schodów.