12.01.2025, 14:02 ✶
Jonathan miał dobry powód do tego, aby to Anthony'ego wysłać po starszego brata Morpheusa, a samemu zostać przy młodszym Longbottomie. W końcu dziura, w której się utykało zawsze mogła być jakąś pułapką, a z lasu, lada chwila mogli wyjść na nich... Sam nie wiedział kto, jakieś niebezpieczeństwo, które będzie chciało zjeść Morphy'ego, a wtedy to chyba było oczywiste, że to on lepiej odnajdzie się w bohaterskim ratowaniu przyjaciela, niż Anthony. Nie, że Anthony by sobie nie poradził, na pewno by sobie poradził, zwłaszcza gdyby dało się pokonać to niebezpieczeństwo logiką i perswazją, ale jednak lepiej, aby to on ryzykował, niż ten smutny Krukon niosący za sobą atmosferę wiktoriańskiej sieroty.
Potem jednak został przekonany, aby to on pobiegł po pomoc.
– No dobrze, nie ruszajcie się. Morpheusie, jak coś to byłeś mi niczym piracki kompan na niezliczonych przygodach. Anthony, a ty niczym kowboy na Dzikim Zachodzie. Jakbyście jednak teraz umarli, to będę nosić pukle waszych włosów w sygnecie do końca życia, ale nie umierajcie. – Z tymi słowami puścił się pędem przez las, aż nie dotarł do terenów Warownii i tego, kto się miał na nich znajdować, a kogo właśnie szukał.
– Panie Longbottom! – wykrzyknął na widok Clemensa Longbottoma, którego mieli w sumie informować, gdyby postanowili jakoś bardziej oddalić się od domu. Nie trzeba było być szalenie spostrzegawczym, aby zobaczyć, że młody Gryfon był czymś szalenie przejęty. Panie Longbottom – powtórzył, gdy już zatrzymał się przed czarodziejem z policzkami niemalże tak zaróżowionymi od biegu i przejęcia, że przypominały kolory jego domu. – Morpheus utknął w dziurze. W lesie. Nic mu nie jest i żyje, ale no... Nie może wyjść, a my nie możemy użyć magii. Nie wiemy ile mu zostało. Ale spokojnie, to nie tak, że wpadł do jakiejś dziury i coś złamał. To bardziej była... Dziupla, ale nie w drzewie, w której utknął i... – Zmarszczył brwi, przyglądając się nagle podejrzliwie mężczyźnie. – Wezwali pana do pracy?
W końcu koszula Clemensa Longbottoma, chociaż miała jeden z normalnym i poszechnie akceptowanych kolorów dla koszul, jakim był biały, była (w przeciwieństwie do jego wlasnej) w najbardziej szkaradnym i gryzącym w oczy odcieniu bieli, jaki kiedykolwiek przyszło mu oglądać, stąd ten jego szybki wniosek, że po prostu ktoś, najpewniej praca, kazała mu taka koszulę założyć. – Mniejsza o to. Proszę za mną.