12.01.2025, 15:53 ✶
To było słodkie. Ale do Crowa nie pasowało bycie nadmiernie słodkim.
- Ojej, będziesz dzisiaj kradł ludziom ze stołu? - Na moment przestrzał bawić się jego koszulą, ale tylko po to, żeby nakręcić sobie na palec kosmyk blond włosów. Pobawił się nimi, oczywiście tylko trochę. Za dobrze wiedział, że jeżeli przesądzi, Laurent zacznie przeglądać się w łyżce (?) żeby tę fryzurę naprawić. Bo lubił kiedy wszystko było ułożone i takie jak chciał - w przeciwieństwie do Crowa, który znów myślał o rzeczach zupełnie niepoprawnych i nie przejmował się czymś takim jak plan dnia. - Jak będziesz głodny to mam lepszy pomysł na to, co mógłbyś zjeść. - Przesunął rękę w dół, tak żeby zahaczyć przy tym o umoczone w tym winie wargi. Śliczny. To delikatne światło tańczące na bladej skórze było ładniejsze niż wydawało mu się wcześniej. A może to kwestia tego, że znów byli blisko siebie i widział tę buźkę z bliska, czyli dokładnie tak jak lubił. W ciemności wzrok pozbawiony widzenia kolorów niedomagał, obraz wokół rozmywał się lekko. Tylko Laurent był idealnie wyraźny - wszystko inne rozpływało się lekko w delikatnym półmroku sali udekorowanej rozgwieżdżonym niebem. Nie był zazdrosny o to, że wpatrywał się w cudzy twór z taką radością gdyby nie wiedza o istnieniu Hogwartu. Bo to opowieści o Wielkiej Sali zainspirowały gondi stworzenia własnego.
Zagapił się na niego już zupełnie. Zauważył przez to, jak coś w środku Laurenta się kruszy i jasne - no nie lubił jak ten chłopak cierpiał, ale jednocześnie obrazoburstwo było wpisane w jego egzystencję. Przecież mógł pozbierać to co się ukruszy i przynieść mu to w zębach, tak?
Nie był nigdy z nikim w związku? Czy zwyczajnie sobie tego nigdy z nikim nie powiedział? Crow nie popełni więcej tego błędu. Trzy lata spania ze sobą, żeby to wszystko rozpadło się dokładnie w momencie, w którym zamarzył sobie być wreszcie nazywanym jak należy. Kiedy zażyczył sobie powiedzenia sobie wprost co ich łączy. Nie. Już nigdy więcej tak nie będzie. Ale to też nie znaczyło, że nigdy wcześniej tak nie było.
- Ale sypiałeś z różnymi osobami. - Powiedział wpierw, całkiem pewny siebie, ale ta pewność siebie szybko wyparowała. Bo no dobra, sypianie z kimś nie oznaczało ani trochę, że Laurent w ogóle tego chciał. Sam przyznał się dzisiaj do dawania dupy komu popadnie, a siedział obok... No właśnie. - I zakochiwałeś się. - Odetchnął. Nagle pożałował tego, że na blacie stał sok jabłkowy a nie cokolwiek, czym mógłby przepłukać tę gulę w gardle i rozwiać myśli zbierające się we łbie. Mógłby mu to wino podpić, ale wtedy na pewno będzie rzygał. - Zakochiwałeś się...? - Pokręcił głową. - Nie musisz na to odpowiadać.
Przysunął się do niego ciaśniej, pozwalając udom się zetknąć. Zdawał sobie sprawę ze znalezienia się w miejscu gdzie obściskiwanie drugiego kolesia nie było przewidziane (ani też pewnie mile widziane) przez kogokolwiek, ale mógł być blisko. Mógł stykać się z nim nogami. Mógł trzymać tę rękę za jego plecami i obserwować taniec świateł w smutnych oczach.
- Mhm... - Nawet on nie widział jak skomentować pójście do burdelu z własnym ojcem. Zdarzenie dla niego kompletnie abstrakcyjne - bo prawdziwej rodziny nigdy nie miał, a te znalezione funkcjonowały na niego innych zasadach. Ale może tak czasami było - że nie było sensu w komentowaniu tego w jakikolwiek sposób. Zamiast tego znów splótł ich dłonie. Był tu i go słuchał. Jeżeli cisza będzie zbyt długa, przerwie ją sam, chociaż (czego sam sobie przyznać nie potrafił), poczuł lekkie ukłucie w sercu. Bo jeżeli Edward Prewett wiedział o upodobaniach syna, powodem dlaczego wspomniał o nim wcześniej, mówiąc negatywnie o potencjalnych potyczkach z jego ojcem, chodziło o pochodzenie, zachowanie, wygląd, pieniądze, nieokrzesanie... Miał wymieniać dalej?
- Ojej, będziesz dzisiaj kradł ludziom ze stołu? - Na moment przestrzał bawić się jego koszulą, ale tylko po to, żeby nakręcić sobie na palec kosmyk blond włosów. Pobawił się nimi, oczywiście tylko trochę. Za dobrze wiedział, że jeżeli przesądzi, Laurent zacznie przeglądać się w łyżce (?) żeby tę fryzurę naprawić. Bo lubił kiedy wszystko było ułożone i takie jak chciał - w przeciwieństwie do Crowa, który znów myślał o rzeczach zupełnie niepoprawnych i nie przejmował się czymś takim jak plan dnia. - Jak będziesz głodny to mam lepszy pomysł na to, co mógłbyś zjeść. - Przesunął rękę w dół, tak żeby zahaczyć przy tym o umoczone w tym winie wargi. Śliczny. To delikatne światło tańczące na bladej skórze było ładniejsze niż wydawało mu się wcześniej. A może to kwestia tego, że znów byli blisko siebie i widział tę buźkę z bliska, czyli dokładnie tak jak lubił. W ciemności wzrok pozbawiony widzenia kolorów niedomagał, obraz wokół rozmywał się lekko. Tylko Laurent był idealnie wyraźny - wszystko inne rozpływało się lekko w delikatnym półmroku sali udekorowanej rozgwieżdżonym niebem. Nie był zazdrosny o to, że wpatrywał się w cudzy twór z taką radością gdyby nie wiedza o istnieniu Hogwartu. Bo to opowieści o Wielkiej Sali zainspirowały gondi stworzenia własnego.
Zagapił się na niego już zupełnie. Zauważył przez to, jak coś w środku Laurenta się kruszy i jasne - no nie lubił jak ten chłopak cierpiał, ale jednocześnie obrazoburstwo było wpisane w jego egzystencję. Przecież mógł pozbierać to co się ukruszy i przynieść mu to w zębach, tak?
Nie był nigdy z nikim w związku? Czy zwyczajnie sobie tego nigdy z nikim nie powiedział? Crow nie popełni więcej tego błędu. Trzy lata spania ze sobą, żeby to wszystko rozpadło się dokładnie w momencie, w którym zamarzył sobie być wreszcie nazywanym jak należy. Kiedy zażyczył sobie powiedzenia sobie wprost co ich łączy. Nie. Już nigdy więcej tak nie będzie. Ale to też nie znaczyło, że nigdy wcześniej tak nie było.
- Ale sypiałeś z różnymi osobami. - Powiedział wpierw, całkiem pewny siebie, ale ta pewność siebie szybko wyparowała. Bo no dobra, sypianie z kimś nie oznaczało ani trochę, że Laurent w ogóle tego chciał. Sam przyznał się dzisiaj do dawania dupy komu popadnie, a siedział obok... No właśnie. - I zakochiwałeś się. - Odetchnął. Nagle pożałował tego, że na blacie stał sok jabłkowy a nie cokolwiek, czym mógłby przepłukać tę gulę w gardle i rozwiać myśli zbierające się we łbie. Mógłby mu to wino podpić, ale wtedy na pewno będzie rzygał. - Zakochiwałeś się...? - Pokręcił głową. - Nie musisz na to odpowiadać.
Przysunął się do niego ciaśniej, pozwalając udom się zetknąć. Zdawał sobie sprawę ze znalezienia się w miejscu gdzie obściskiwanie drugiego kolesia nie było przewidziane (ani też pewnie mile widziane) przez kogokolwiek, ale mógł być blisko. Mógł stykać się z nim nogami. Mógł trzymać tę rękę za jego plecami i obserwować taniec świateł w smutnych oczach.
- Mhm... - Nawet on nie widział jak skomentować pójście do burdelu z własnym ojcem. Zdarzenie dla niego kompletnie abstrakcyjne - bo prawdziwej rodziny nigdy nie miał, a te znalezione funkcjonowały na niego innych zasadach. Ale może tak czasami było - że nie było sensu w komentowaniu tego w jakikolwiek sposób. Zamiast tego znów splótł ich dłonie. Był tu i go słuchał. Jeżeli cisza będzie zbyt długa, przerwie ją sam, chociaż (czego sam sobie przyznać nie potrafił), poczuł lekkie ukłucie w sercu. Bo jeżeli Edward Prewett wiedział o upodobaniach syna, powodem dlaczego wspomniał o nim wcześniej, mówiąc negatywnie o potencjalnych potyczkach z jego ojcem, chodziło o pochodzenie, zachowanie, wygląd, pieniądze, nieokrzesanie... Miał wymieniać dalej?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.