12.01.2025, 17:46 ✶
Nie było pewnie tekstu, którego Crow nie pociągnąłby dalej, chyba że by go ktoś celowo zgniótł opierając się rękoma o największe kompleksy.
- Mógłbym? To będę. Może się nawet pomodlę z nadzieją na rewanż od boga. - Oh był w mówieniu tego bardzo powolny i precyzyjny, bo przecież te słowa niosły ze sobą wyjątkowo sprośny obraz napiętych, skórzanych spodni, kiedy klękał na drewnianej podłodze. Nie miał żadnego powodu aby nie uważać, że nie wyglądał w tej pozycji ślicznie - więc i Laurentowi musiała się podobać - bo można było położyć w niej rękę na miękkich, kręconych włosach i utonąć w dźwiękach wydawanych przez kogoś, kto lubił dawać przy tym ujmujący performance.
Kiedy dłoń Laurenta wspinała się w górę po jego udzie, Crow przesunął w dół rękę opartą na kanapie i delikatnie uszczypnął go w boczek. Zaraz po tym przesunął paluszkami po nim i luźniejszym materiale koszuli, żeby odłożyć ją tam, gdzie znajdowała się wcześniej. Za ciemno żeby dojrzał kelnerkę wystarczająco szybko. Za głośno żeby ją usłyszał. Zbyt wiele zapachów, żeby mógł skupić się na czymkolwiek innym niż perfumy Laurenta. Zbyt miło dla jego chłopaka, żeby rozważył zniszczenie mu tego miejsca przykrą sytuacją, skoro mogli zostać wyproszeni za samo siedzenie obok siebie. Za dużo wszystkiego, a przecież po powrocie do domu nic już pewnie nie będzie robił poza marszczeniem brwi, kiedy Crow znowu strzeli go gumką.
Ten dar dla morza w pierwszej chwili skojarzył mu się z paleniem konia i wysypywaniem jego prochów na plaży, dopiero później zaczął łączyć wątki. Kurwa, jeszcze tego mu brakowało, żeby składał swoich kochanków w ofierze falom. A później jego jebnięty ojciec tuszowałby to „atakami Śmierciożerców”. Mimo wszystko zamiast przejmować się wymyślonymi historyjkami, Crow wolał skupić się na kolejnej opowieści. Okej, jeden to był Dante, albo Laurent bardzo chciał żeby tak myślał - jeszcze wczoraj nie spodziewałby się bycia zwodzonym w tym kierunku, ale dzisiaj przyznał mu się do chęci robienia tego chwilę po pytaniu mogącym zaważyć o losie ich relacji. Ten drugi? Idiota. Pewnie podobny jemu w jakimś stopniu, bo też przecież ciągle o tym myślał i nawet nie próbował tego ukrywać, ale posiadał w sobie jakieś przynajmniej minimalne wyczucie sytuacji.
- Mmm - napiłby się soku, ale w stresie otoczeniem rozważał zbyt wiele za i przeciw żeby sięgnąć po szklankę. Każdy niepotrzebny, niezrozumiały gest mógł ściągnąć z niego wszystko co na sobie miał, a on się już tak dobrze przygotował do występu. Dlaczego karnawał miałby się kończyć? Istniały dwie wersje tego człowieka mogące tu siedzieć - napięty i naburmuszony Crow, albo ten skubiący skórki do krwi i rozkładający się na boki w przerażeniu. Nie musiał zadawać żadnego pytania żeby wiedzieć, którego z nich preferował Laurent. - Okej, dwóch frajerów, którzy nie rozumieją słowa nie - podsumował ten wywód, demaskując tym samym, że obu wziął za tych, których Laurent kochał. Pierwszy to Dante, drugi to koleś od prysznica, tak? Oboje warci wywalenia ich do śmietnika. Z drugiej strony musiałby wskoczyć tam zaraz za nimi, bo słysząc to „nie” powstrzymał się ledwo, kiedy ostatki siły cudem przebiły się przez pijackie zamroczenie. Całkiem zabawne (tylko w jego głowie), jak głęboko się tym przejmował i jak mocno tym żył, kiedy to słowo nie znajdowało się w jego własnym słowniku. - Ale nie czaję za co mi dziękujesz?
- Mógłbym? To będę. Może się nawet pomodlę z nadzieją na rewanż od boga. - Oh był w mówieniu tego bardzo powolny i precyzyjny, bo przecież te słowa niosły ze sobą wyjątkowo sprośny obraz napiętych, skórzanych spodni, kiedy klękał na drewnianej podłodze. Nie miał żadnego powodu aby nie uważać, że nie wyglądał w tej pozycji ślicznie - więc i Laurentowi musiała się podobać - bo można było położyć w niej rękę na miękkich, kręconych włosach i utonąć w dźwiękach wydawanych przez kogoś, kto lubił dawać przy tym ujmujący performance.
Kiedy dłoń Laurenta wspinała się w górę po jego udzie, Crow przesunął w dół rękę opartą na kanapie i delikatnie uszczypnął go w boczek. Zaraz po tym przesunął paluszkami po nim i luźniejszym materiale koszuli, żeby odłożyć ją tam, gdzie znajdowała się wcześniej. Za ciemno żeby dojrzał kelnerkę wystarczająco szybko. Za głośno żeby ją usłyszał. Zbyt wiele zapachów, żeby mógł skupić się na czymkolwiek innym niż perfumy Laurenta. Zbyt miło dla jego chłopaka, żeby rozważył zniszczenie mu tego miejsca przykrą sytuacją, skoro mogli zostać wyproszeni za samo siedzenie obok siebie. Za dużo wszystkiego, a przecież po powrocie do domu nic już pewnie nie będzie robił poza marszczeniem brwi, kiedy Crow znowu strzeli go gumką.
Ten dar dla morza w pierwszej chwili skojarzył mu się z paleniem konia i wysypywaniem jego prochów na plaży, dopiero później zaczął łączyć wątki. Kurwa, jeszcze tego mu brakowało, żeby składał swoich kochanków w ofierze falom. A później jego jebnięty ojciec tuszowałby to „atakami Śmierciożerców”. Mimo wszystko zamiast przejmować się wymyślonymi historyjkami, Crow wolał skupić się na kolejnej opowieści. Okej, jeden to był Dante, albo Laurent bardzo chciał żeby tak myślał - jeszcze wczoraj nie spodziewałby się bycia zwodzonym w tym kierunku, ale dzisiaj przyznał mu się do chęci robienia tego chwilę po pytaniu mogącym zaważyć o losie ich relacji. Ten drugi? Idiota. Pewnie podobny jemu w jakimś stopniu, bo też przecież ciągle o tym myślał i nawet nie próbował tego ukrywać, ale posiadał w sobie jakieś przynajmniej minimalne wyczucie sytuacji.
- Mmm - napiłby się soku, ale w stresie otoczeniem rozważał zbyt wiele za i przeciw żeby sięgnąć po szklankę. Każdy niepotrzebny, niezrozumiały gest mógł ściągnąć z niego wszystko co na sobie miał, a on się już tak dobrze przygotował do występu. Dlaczego karnawał miałby się kończyć? Istniały dwie wersje tego człowieka mogące tu siedzieć - napięty i naburmuszony Crow, albo ten skubiący skórki do krwi i rozkładający się na boki w przerażeniu. Nie musiał zadawać żadnego pytania żeby wiedzieć, którego z nich preferował Laurent. - Okej, dwóch frajerów, którzy nie rozumieją słowa nie - podsumował ten wywód, demaskując tym samym, że obu wziął za tych, których Laurent kochał. Pierwszy to Dante, drugi to koleś od prysznica, tak? Oboje warci wywalenia ich do śmietnika. Z drugiej strony musiałby wskoczyć tam zaraz za nimi, bo słysząc to „nie” powstrzymał się ledwo, kiedy ostatki siły cudem przebiły się przez pijackie zamroczenie. Całkiem zabawne (tylko w jego głowie), jak głęboko się tym przejmował i jak mocno tym żył, kiedy to słowo nie znajdowało się w jego własnym słowniku. - Ale nie czaję za co mi dziękujesz?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.