12.01.2025, 19:29 ✶
Okej. Trzech idiotów. Nawet nieszczególnie starał się precyzować w swojej głowie, dlaczego ten trzeci był idiotą - może zniknął, bo mu ktoś założył worek na łeb i go porwali - ale i tak zasłużył na to miano, bo gdyby go naprawdę kochał, to by się do niego wyczołgał z grobu, a jak go nie kochał, to dlaczego niby? Może był ślepy, głuchy i na morzu obcięli mu język? A tak całkowicie na poważnie - nie kojarzył go w ogóle. I dobrze. Bo Philipa Notta kojarzył, chociaż pewnie nie z tego, z czego powinien. Proces myślowy kiedy poszukiwał go w swojej głowie po pewnie go kojarzysz bardzo dobrze wybrzmiał na jego twarzy. Zmrużenie oczu - no bo pierwsze Philip Nott odbijające się z echem od ścian pustostanu w jego głowie nie przybliżył go od rozwiązania tej zagadki ani trochę. Później, wydawało mu się, że na końcu tego tunelu znajduje się światło i o dziwo nie jest to pociąg, ale jakoś nie umiał się tego doszukać, więc wyciągnął tę swoją długą szyję do góry w absurdalnym zamyśleniu. Jak można było wiedzieć tyle o świecie i nie skojarzyć od razu nazwiska celebryty? Ano z tego samego powodu, dlaczego nie jadł ciasta małym widelczykiem tylko ręką. Bo był cholernie uparty. W dupie miał zasady dobrego wychowania i w dupie miał Quidditcha - ale mieć w dupie to było zbyt mało, żeby ująć, to co czuł wobec tego sportu. Idiotyczne zasady sprawiły, że unikał przeglądów sportowych, o ile nie musiał dowiedzieć się więcej o konkretnej osobie. Potrzebowałby przez to jeszcze kilku sekund (bo bycie ignorantem nie sprzyjało widzeniu pewnych mord dosłownie wszędzie - nawet kiedy podróżowało się z bandą pajaców po całej Anglii), ale było takie jedno wydarzenie w lato. Kompletnie idiotyczne. Walka o honor siksy, która przyszła kiedyś do cyrku i kładła się na ziemię, prosząc o to, żeby mogła go malować. Debil kontra Debil2, ale nagle współczuł Debilowi2 przegranej (bo jak walczysz o honor siostry, remis jest jak przegrana!). Może gdyby jakaś Drętwota trafiła Philipowi Nottowi w jaja, ale tak konkretniej niż ciskał zaklęciami Louvain, to Laurent miałby teraz o jedno traumatyczne wspomnienie mniej?
Uśmiechnął się więc niemrawo na wspomnienie tego jakże popularnego imienia, ale nie podzielił się wyobrażeniem spontanicznej kastracji. Zamiast tego poprawił swoje usadowienie, zachęcając go do kontynuowania opowieści, chociaż tym razem przesunął wzrokiem po otoczeniu, po suficie, zastukał translokacyjnie o kanapę doszukując się tam gumowego ucha, całkowicie przekonany, że Laurent za swoimi plecami nie widzi delikatnych drgnięć jego dłoni. Zachęcał go, bo nie do końca już to pamiętał, a jak usłyszy to drugi raz, historia utrwali się we łbie, tak jak powinna. Niektóre rzeczy powtarzano w kółko nie bez powodu. Jak się czegoś nie spisało, to umykało zupełnie. I może nie powinno się tak faktycznie robić z traumami, ale jak się wygumkuje z głowy absolutnie wszystko, człowiek nigdy nie nabierze odpowiedniej ostrożności.
Reszty wypowiedzi wysłuchał w grobowej ciszy, z o wiele mniej wesołym spojrzeniem.
- Tak to widzisz? - Ależ to cierpko zabrzmiało - Że przyszedłem do ciebie inny, bo on mnie rzucił?
Jasne, że by to chciał przepisać na własne emocje, ale tak ciężko się to robiło. Jak w połowie przerwie mu kelnerka z jedzeniem, to pewnie nigdy tego nie dokończy. Gdyby chciał to przepisać na lepsze słowa, jednocześnie chowając głowę w piasek, gdyby chciał tym zmanipulować, musiałby się nad tym lepiej zastanowić. Bo to w jakiś sposób była prawda o tym, ale... Nie była nią do końca, prawda? W tym znajdowąlo się tak wiele zmiennych, tak wiele... nie pasowało do tego, co opuściło jego usta. Tak bardzo tego nie lubił. Uczucia pustki i osamotnienia w tym jak pojmował rzeczywistość, w wybieraniu z cudzych ust tego co najgorsze. I tego, że nie robił tego bez powodu, robił to półświadomie. To było jak kara. Za bycie tą przeklętą panią Bovary.
Uśmiechnął się więc niemrawo na wspomnienie tego jakże popularnego imienia, ale nie podzielił się wyobrażeniem spontanicznej kastracji. Zamiast tego poprawił swoje usadowienie, zachęcając go do kontynuowania opowieści, chociaż tym razem przesunął wzrokiem po otoczeniu, po suficie, zastukał translokacyjnie o kanapę doszukując się tam gumowego ucha, całkowicie przekonany, że Laurent za swoimi plecami nie widzi delikatnych drgnięć jego dłoni. Zachęcał go, bo nie do końca już to pamiętał, a jak usłyszy to drugi raz, historia utrwali się we łbie, tak jak powinna. Niektóre rzeczy powtarzano w kółko nie bez powodu. Jak się czegoś nie spisało, to umykało zupełnie. I może nie powinno się tak faktycznie robić z traumami, ale jak się wygumkuje z głowy absolutnie wszystko, człowiek nigdy nie nabierze odpowiedniej ostrożności.
Reszty wypowiedzi wysłuchał w grobowej ciszy, z o wiele mniej wesołym spojrzeniem.
- Tak to widzisz? - Ależ to cierpko zabrzmiało - Że przyszedłem do ciebie inny, bo on mnie rzucił?
Jasne, że by to chciał przepisać na własne emocje, ale tak ciężko się to robiło. Jak w połowie przerwie mu kelnerka z jedzeniem, to pewnie nigdy tego nie dokończy. Gdyby chciał to przepisać na lepsze słowa, jednocześnie chowając głowę w piasek, gdyby chciał tym zmanipulować, musiałby się nad tym lepiej zastanowić. Bo to w jakiś sposób była prawda o tym, ale... Nie była nią do końca, prawda? W tym znajdowąlo się tak wiele zmiennych, tak wiele... nie pasowało do tego, co opuściło jego usta. Tak bardzo tego nie lubił. Uczucia pustki i osamotnienia w tym jak pojmował rzeczywistość, w wybieraniu z cudzych ust tego co najgorsze. I tego, że nie robił tego bez powodu, robił to półświadomie. To było jak kara. Za bycie tą przeklętą panią Bovary.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.