Zapewne słyszała opowieści o zmieniaczach czasu, nie wpadła jednak teraz na to, że to mogłaby być metoda, po którą mogłaby sięgnąć, zresztą, czy w nie wierzyła? Nie do końca. Najpierw musiałaby zweryfikować to, czy one faktycznie istnieją, czy jest to kolejna legenda, która nie ma potwierdzenia w rzeczywistości. Jej mózg jednak aktualnie nie myślał do końca racjonalnie, więc nie wpadła na taki pomysł, z drugiej strony może to i lepiej, ile by miała nowych problemów, gdyby istniała jeszcze jedna ona? Cóż, wolałaby tego nie sprawdzać, bo to mogłoby być zbyt wiele nawet dla dwóch Yaxley.
Nie do końca chyba potrafiła sobie wyobrazić spotkanie dwóch koników polnych przy kawie, niby jak mieliby trzymać w rękach filiżanki, i czy w ogóle było możliwe stworzenie takich drobnych naczyń? Czy mieliby sobie najpierw wszystko przygotować, a później zmienić się w te robaki? To mogło być trudne i bardzo czasochłonne, zresztą nie miała pojęcia w jaki sposób organizm takiego zwierzęcia zareagowałby na kawę, a co jeśli byłoby to dla niego zbyt wiele i odszedłby z tego świata? Chyba wolała nie ryzykować, taka śmierć dopiero byłaby głupia, może faktycznie lepiej pozostać przy ludzkiej postaci, tutaj przynajmniej wiedziała na co faktycznie może sobie pozwolić.
- Tak, chyba lepiej poskakać pod postacią człowieka, to bezpieczniejsze. - Może i dobrze, że się zgodzili. Poskakać, czy tam pójść na kawę, czy robić jeszcze inne rzeczy. Nie musieli zmieniać się w robaki, aby spędzać ze sobą czas, to było im zupełnie niepotrzebne. Zresztą przecież bardzo lubiła tą normalną wersję Ambroisa, nigdy tego nie ukrywała.
- No to mamy jasność, musimy tylko wybrać jakiś dogodny termin. - Określić go, bo kiedy narzucą sobie datę, to trudno im się będzie od tego wykręcić, przynajmniej Yaxleyówna tak miała. Jeśli coś miało zostać zrobione kiedyś to było bardzo duże prawdopodobieństwo, że nie wydarzy się nigdy. Wolała więć sięgać po konkretne terminy. Nie to, żeby wydawało jej się, aby w tym przypadku mogło to pomóc w jakikolwiek sposób, bo przecież nie powinni mieć wspólnych planów, już nie.
- Niby blisko, ale jednak daleko. - Mieli dopiero wrzesień, wiele się mogło wydarzyć do końca roku, zważając na to, że ten ostatni czas był naprawdę paskudny. Jakoś nie miała zbyt wielkich nadziedzi związanych z przyszłością, bardziej w drugą stronę, zastanawiała się, jak życie może jej dopierdolić, żeby nie czuła, że zaczyna być zbyt spokojnie.
Nie wydawało jej się zresztą, że należeli do osób, które byłyby w stanie tyle czekać, to prawie dziewięć miesięcy, z ich cierpliwością... raczej nie było szans na to, aby to zaakceptowali, więc warto było szukać jakichś alternatyw, a że czarodzieje lubili świętować na pewno jakaś znalazłaby się bardzo szybko, właściwie to przecież nie musiała daleko szukać, jeszcze w tym miesiącu trafiło się Mabon.
- Tak naprawdę nie wiedziałabym od czego powinnam zacząć, zresztą co nieco już ci opowiedziałam, walczyłam z różnymi stworzeniami, z różnymi demonami, a przede wszystkim ze sobą. Nie wiem też, na które pytania chciałbyś mi odpowiedzieć, raczej pewnie wolałabym, żebyś mówił to, co wydaje ci się być ważne. - Nie miała pojęcia, czy eliksir, który mu podała nadal działał, nie chciała, żeby znowu niepotrzebnie zaczęli się kłócić, nie kiedy ta chwila, która działa się teraz była zupełnie inna niż te wcześniejsze. Szkoda jej było psuć ten wyjątkowy moment.
- Liczyłam na to, że znowu dostanę jakieś fajne gadżety, wiesz, że mam szufladę, w której trzymam te wszystkie rzeczy, które kiedyś mi dałeś. - Może nie powinna tego mówić, ale miała do nich pewien sentyment, znalazłaby się tam nawet ten szal, który trafił w jej ręce w dzień, w który się poznali, chomikowała wszystko co było z nim związane. - Tak, wrócimy do domu i będziemy myśleć o tym, co przeminęło. - a co jeszcze nie. To były mrzonki, przecież nie mieli już ani domu, ani wspólnych wspomnień, przynajmniej nie ostatnio. Mimo wszystko dobrze było sobie pomarzyć, oderwać się na moment od szarej rzeczywistości i poczuć się tak, jakby to faktycznie miało jakiś sens.
Wszystko minie, ta chwila minie, te wspólne dni, które sobie dali przeminą, co dobre miało się skończyć, przecież zawsze tak było. Mogli sobie dyskutować o swoich wspólnych planach, nie była jednak przekonana co do tego, czy uda im się zrealizować. Niby Mabon miało się odbyć już za kilka tygodni, ale nie była w stanie sobie wyobrazić tego, co z nimi będzie do tego dnia. To wszystko było kruche niczym tafla lodu.
- Myślisz, że stamtąd przypełznął, czy może opanował tajną sztukę teleportacji? - Zawsze mógł to być magiczny wąż rzeczny bardzo niebezpieczny, ale to chyba byłaby już przesada, nawet oni nie powinni mieć takiego szczęścia, chociaż kto to właściwie wie? Przytrafiały im się często bardzo dziwne rzeczy. Może nie powinno jej to wcale dziwić.
- Och, no jasne, bo możesz, to odpowiedź na wszystko. - Wspaniale, zaczęła panikować zupełnie bez sensu, bo mógł. No, doskonały argument, nie ma co. Nie powinna się spodziewać niczego więcej. Potrafił wykorzystać sytuację, zdecydowanie nie można mu było tego odmówić. - Chciałbyś, abym Ci dalej pomagała? Wiesz, że nie musiałeś udawać rannego? Wystarczyło ładnie poprosić, a pomogłabym Ci się rozebrać. - Bo chyba ku temu zmierzał, jasne otoczka związana z tą całą pomocą wyglądała zdecydowanie lepiej, ale nie musiał wcale sięgać po takie podstępy, przecież wiedział.
- Najpierw musisz zejść, wtedy zacznę go szukać. - Nie zamierzała się nigdzie stąd ruszać, przynajmniej nie teraz. Zwłaszcza, że ustalili już, że wąż ssspierdolił, także bez sensu było teraz rozpoczynać polowanie. No i Roise nie wyglądał jakby faktycznie to ukąszenie sprawiło mu jakikolwiek dyskomfort, chyba nie musieli się martwić tym, co to był za wąż.
Szkoda, że dopiero teraz to zauważyła, cóż, niezłą szopkę odstawił, nie spodziewała się, że jest takim dobrym aktorem, ułatwiał to na pewno fakt, że ona naprawdę przejęła się tym, że to mogło być coś poważnego. Alkohol nie ułatwiał jasnego myślenia, nie był jej sprzymierzeńcem, jeśli o to chodzi.
- Wszystko się da! - Odbiła, bo przecież właśnie to robił, groził jej, że zostanie drzewem, a ona nie do końca umiała się z nimi obchodzić, nie miała pojęcia, w jaki sposób działały, nie udzielił jej na ten temat żadnego instruktażu, czuła, że mogło to się skończyć jeszcze gorzej, niż z pomocą medyczną, której mu kilka razy udzielała. Nie chciałaby go uszkodzić jako drzewa, wtedy chyba całkiem by odszedł z tego świata, całkiem szkoda, zwłaszcza, że miał możliwość na nim zostać na zawsze? Chyba na zawsze, w sumie rośliny też kiedys umierały, tyle, czy te ich magiczne drzewa też? Pojawiało się coraz wiecej pytań, ale to nie był odpowiedni moment na ich zadanie, i tak zapomniałaby odpowiedzi.
Nie zakładała zresztą, żeby Ambroise szybko miał się stać tym drzewem, miał przed sobą w końcu praktycznie całe życie, jeszcze przyjdzie czas na to, aby się doinformowała. Nie, że miało ich już nic nie łączyć, musiała to wiedzieć, tak czy siak, bo przecież na pewno będzie go odwiedzać, kiedy umrze, no i o ile umrze tuż przed nią. To była w końcu loteria, w ich przypadku nic nie było pewne. Nie było sensu o tym dyskutować, bo to spowodowałoby, że skupiliby się na tym, co nie jest przyjemne, zbyt dobrze jej było, gdy ta rozmowa przyjęła taki lekki i niezobowiązujący ton. Szkoda byłoby z tego rezygnować.
- i tak byś nie wiedział, co z Ciebie zrobiłam, więc co to za różnica. - Nie mogła uwierzyć, że znowu wracał do tej nieszczęsnej kuszy, to chyba miało ciągnąć się za nią do usranej śmierci. W tym pryzypadku był naprawdę, cholernie pamiętliwy, ależ się usrał.
- Nie, żebym chciała Cię oszukać, pewnie byś mnie zaczął straszyć gdybym to zrobiła, czyli mamy umowę, zrobię sobie z Ciebie łuk. - Wolała nie sprawdzać, jak do końca działają te drzewa. Nie chciała, aby się na niej mścił po śmierci za taką pierdołę. Przystała więc przy tym łuku.
- Właściwie, to prawda. - Czuła jego obecność, nawet jeśli nie było go przy niej. Nie potrafiła wyprzeć Roisa ze swoich myśli, zawsze znajdował się gdzieś obok. Nie dało się temu zaprzeczyć, tak chyba miało pozostać, bez względu na wszystko. Ich więź była inna od wszystkich, od zawsze to czuła, mimo, że próbowali się tego pozbyć, zapomnieć o sobie, to przecież nie mogli tego zrobić. Potwierdzała to ich rozłąka, bo teraz zachowywali się tak, jakby wcale do niej nie doszło, mimo, że minęło już tyle czasu.
Nie spodziewała się, że poruszą teraz jeden z jej ulubionych tematów. Nazwy łacińskie, uwielbiała, gdy je rzucał. Typowo dla siebie zmrużyła przy tym nieco oczy, jakby próbowała sobie coś przypomnieć, tyle, że cóż, no nie - pod tym względem nic się nie zmieniło. To nie była jej działka, nadal nic nie rozumiała z jego gadania.
- Fakt, niezapominajki są niebieskie. - Akurat to wiedziała, był to jeden z tych kwiatów, które potrafiła nazwać. - Nie widzę podobieństwa do myszy, żadnego, może mam za bardzo zamknięty umysł. - Próbowała to sobie aktualnie zwizualizować, ale nie szło jej to zbyt dobrze, w ogóle miała problem ze skupieniem się na czymkolwiek. Całą swoją uwagę zwracała na to, aby przypadkiem się nie zachwiać.
- Co oni mają z tymi nazwami od zwierząt? - Nie miała pojęcia, że istnieje ich, aż tak wiele, ale najawyraźniej pojawiała się jakaś tendencja. - Sugerujesz, że gdybym była rośliną, to musiałaby to być ta psia ruta? Już chyba wolałabym zostać dębem, jak ty. - Nie miała pojęcia, jak wyglądała bylica piołun i dlaczego dziwnym trafem miała z nią tak wiele wspólnego, wolała tego nie sprawdzać.
Kącik ust drgnął jej w usmiechu, kiedy poczuła jego dłoń na swojej twarzy, fakt, włosy przeszkadzały, plątały się między nimi, przez co nie mogła za bardzo mu się przypatrywać, teraz miała ku temu lepsze możliwości. - A co byś chciał? - Cóż, miał naprawdę szerokie pole wyboru, chętnie rozważy różne propozycje. - Mam nadzieję, że nie zapomnieć, skoro już mówiłeś o niezapominajkach, to może od tego zacznijmy? - Szczególnie, że od kiedy wyszli z jaskini to towarzyszył jej ten dziwny niepokój, na który za bardzo nie miała wpływu.