Och tak, wiele czynników składało się na to, że Flynn przyszedł, że robił te maślane oczka, że... pewnie było wiele rzeczy, których nie widział. Których nie był świadom. Zmuszał się do tego, żeby trzymać kontakt wzrokowy - niektóre odpowiedzi ukryte były nie w słowach... tylko jak czytać Flynna? Długo kontaktu wzrokowego nie utrzymał. Zaraz brązowe oczy mu gdzieś uciekły... gdzieś się schowały na bok. Miał reakcje podane na talerzu, a nadal nie wiedział, na co tak naprawdę patrzy. Dopóki znów nie miał okazji nawiązać z nim kontaktu. Wiedział, że to była cała sztuka - spojrzenia. Kontakt wzrokowy. Ile można było nimi przekazać, jak wiele emocji pochłonąć przez same oczy. Laurent nie stawiał wyżej muru. Był malutki, pierwsze cegiełki. Zatrzymał się, bo to przecież był środek pola. Tylko wiatr gościł między nimi, a jeśli Flynn zacznie krzyczeć - tylko zboża poznają jego złość, ból i bezradność. Wyimaginowana przestrzeń, bo tylko w niej sam Laurent mógł krzyczeć. Czy to ten moment, w którym znów było blisko do propozycji wychodzenia..? Nie. Nie trzeba było uciekać, kiedy druga strona nie konfrontowała się z tobą kłami i pazurami. To nie potwór, to tylko... albo "aż" - rozmowa. Powiedział mu już to - Flynn lubił udowadniać Laurentowi, że się mylił. To jest - pewnie nieświadomie, bo skąd mógł wiedzieć, na jak bardzo zepsutych trybach działał.
Ostatnie, czego się spodziewał, to tego, że usłysz od Flynna coś... takiego. W ogóle cała ta rozmowa i jej przeprowadzenie, te okoliczności, to miejsce... Cień tańczył na ścianie, ale zaraz go nie było. Tańczenie dookoła tematu, bo był problematyczny, bo mógł boleć - czasem nie wiedział, czy bardziej jego, czy drugą stronę. Porcelana. Oni obaj byli porcelaną na środku pola, gdzie Laurent budował swój idiotyczny mur. I przed kim się tu chronić? Przed czym? Sądził, że cały ten temat ich byłych to będzie eksploracja. Bombarda rzucona prosto w stado buchorożców. Myślał źle. Jeog brak zaufania stawał się tu rosnącym problemem. Jego strach... ten strach, o którym mówił Flynn. Temat skuteczniej układał do ziemie źdźbła trawy i kłosy zboża niż ten pełzający wszędzie wiatr. Rzucał te cienie - bo cień ręki Flynna teraz układał się na podobieństwo cieni drzew. Sprawiał, że na czole Laurenta rodziło się malutkie pole marsowe od ściągniętych brwi.
- Minęło ze 20 dni. Co sprawia... - Przerwał, bo kelnerka przyszła z zamówieniem. Odsunął się od Flynna - ale nie gwałtownie przez widok kobiety, a by usiąść normalnie i mieć większą przestrzeń. Nie zatrzymywał kobiety, kiedy już złożyła zamówienie, zapewniła, że gdyby czegoś potrzebowali to jest i życzyła smacznego. Nie - po talerzu Laurenta nic dosłownie nie chodziło, bo nie było tam żywych stworzeń. Za to ośmiorniczki nieco ruszały swoimi mackami. - ... co sprawiło, że twoja rzeczywistość przewraca się na tyle do góry nogami i jesteśmy dziś tu. Co zaszło między tobą i Alexandrem. - Dobrze. Laurentowi łatwo przychodziło się zbroić w takich warunkach - jednak mur. Ale nie taki, który miał coś otaczać, który miał coś zamykać, albo zamykać jego. To był taki mur, o który mógł się oprzeć plecami.