13.01.2025, 04:27 ✶
- Tak myślisz? A jednak wszystkim czego potrzebujesz jest napalm. - W połączeniu ze snopem iskier. Takich samych, które rozpalały go kiedy tylko zobaczył Bletchleya i przypomniał sobie, jak przyjemnie było tonąć w jego objęciach za każdym razem, kiedy spotkało go coś złego. Wspaniałe remedium na każdy jego problem - wpierw posuwać jego, a kilka lat później, kiedy dorósł, rozkładać nogi przed nim. Po czymś takim nie czuło się już nic. - Albo bycie chorym na głowę i nietrzymanie fiuta w spodniach. I nauczenie drugiej strony tego, że to rozładowuje napięcie lepiej niż cokolwiek innego. Znasz to skądś?
Puszczony, pozostawiony samemu sobie od razu się napiął. Nie chciał zrywać tego kontaktu, nienawidził kiedy ktoś się tak odsuwał, jakby miał zaraz sobie pójść. Jakby to wszystko miało się skończyć. Jak do cholery miałeś czuć się chciany, jeżeli ktoś odtrącał cię w najłatwiejszy możliwy sposób?
Coraz mocniej przemawiało przez niego zdenerwowanie. Nie ruszył się z miejsca, ale łeb mu zadrżał, już nie tylko ręce brały udział w nerwowej telepaninie. Obawiał się tego ze strony Laurenta, ale to on wyglądał jakby miał stąd zaraz wyjść, nawet jeżeli wcale tego nie chciał.
- B-bo jesteś sobą. Bo to nie ma ni-ic wspólnego z ża-adnym z nich. Jesteś j-jak... - Zazgrzytał zębami kiedy znów wróciło do niego to idiotyczne porównanie. - Jak... Świeża po-ościel, w której z-zasypia się in-naczej. Lepiej. - Bo było mu przy nim dobrze i ktoś się męczył żeby spełnić jego oczekiwania i potrzeby. I pierwszy raz od dawna to nie było zostawianie go samemu sobie. To nie było puszczanie go samopas, bo przecież Flynn musi być Flynnem. Ktoś... Nie chciał tylko na niego patrzeć i trzymać przy sobie jak zabawkę. - B-bo próbowałeś się mnie uucz-yć, chociaż czasem... Cza-asem mam wrażenie, że zadajesz mi pyytania nie po to, żeby mniee poznać, tyylko żeby sprawdzić czyy ww-fszystko jest na swoim miejscu. T-to ty jesteś jak pies. Taki, c-co wstaje w nocy i ch-odzi p-po domu sprawdzając czyczy wszyscy są w swoich łóżkach.
Puszczony, pozostawiony samemu sobie od razu się napiął. Nie chciał zrywać tego kontaktu, nienawidził kiedy ktoś się tak odsuwał, jakby miał zaraz sobie pójść. Jakby to wszystko miało się skończyć. Jak do cholery miałeś czuć się chciany, jeżeli ktoś odtrącał cię w najłatwiejszy możliwy sposób?
Coraz mocniej przemawiało przez niego zdenerwowanie. Nie ruszył się z miejsca, ale łeb mu zadrżał, już nie tylko ręce brały udział w nerwowej telepaninie. Obawiał się tego ze strony Laurenta, ale to on wyglądał jakby miał stąd zaraz wyjść, nawet jeżeli wcale tego nie chciał.
- B-bo jesteś sobą. Bo to nie ma ni-ic wspólnego z ża-adnym z nich. Jesteś j-jak... - Zazgrzytał zębami kiedy znów wróciło do niego to idiotyczne porównanie. - Jak... Świeża po-ościel, w której z-zasypia się in-naczej. Lepiej. - Bo było mu przy nim dobrze i ktoś się męczył żeby spełnić jego oczekiwania i potrzeby. I pierwszy raz od dawna to nie było zostawianie go samemu sobie. To nie było puszczanie go samopas, bo przecież Flynn musi być Flynnem. Ktoś... Nie chciał tylko na niego patrzeć i trzymać przy sobie jak zabawkę. - B-bo próbowałeś się mnie uucz-yć, chociaż czasem... Cza-asem mam wrażenie, że zadajesz mi pyytania nie po to, żeby mniee poznać, tyylko żeby sprawdzić czyy ww-fszystko jest na swoim miejscu. T-to ty jesteś jak pies. Taki, c-co wstaje w nocy i ch-odzi p-po domu sprawdzając czyczy wszyscy są w swoich łóżkach.