Napalm. Wszystko, czego potrzebujesz, to zniszczenie komuś życia niszcząc jego bliskich. Czasami wystarczy jeden pożar. Nie spalona stajnia - spalony dom. W domu dziecko, żona. Kurwa, ten pies, którego tak kochałeś, bo towarzyszył ci w spacerach, kiedy nikt inny nie mógł, nie chciał, albo miał gdzieś twoje samopoczucie. Albo może ten ogień, który rozpala cię od środka? Stuknął palcem w kieliszek. Miał rację. Znał to. Za dobrze. Próbował się tego pozbyć. Próbował się ogarnąć. Kurwa, iść na terapie. Żeby nie musieć z tym żyć, nie być takim... zepsutym. Najbardziej niszczył życie tym samemu sobie. Ludzie brnęli dalej, a on zostawał z myślą, że tamten facet wrócił do żony i był już dla niego tylko miłym wspomnieniem. Teraz wzgardzanym. Te plotki, które krążyły, nie wzięły się w końcu znikąd - tylko nie miały niczego wspólnego z prawdą. Były zasłoną dymną dla tych, którzy tego potrzebowali. Ten ogrom upokorzenia... Teraz to on krzyczał - w swojej własnej głowie. Cichy krzyk.
Nie chciał, żeby ta porcelana się kruszyła.
Wyciągnął do niego ręce i przytulił do siebie. Oparł policzek na jego pięknych lokach. Co to było za porównanie - do świeżej pościeli. Jaka inna może być pościel? Brudna? Brzydka? Nie wyobrażał sobie tego. Ale to teraz nie było nawet istotne - przesunęło się na razie bez większego echa, bo widział przecież, co się z nim dzieje. Nie znosił siebie, kiedy przybierał ten... ten ton, który rezerwował dla ludzi mu raczej obcych. To nie było to, czym chciał się dzielić z bliskimi, którzy potrzebowali jego ciepła i światła. Kiedy jednak masz ścianę za plecami to jedyne, co możesz zrobić, to przeć do przodu. Widział to teraz jako coś złego, a przecież nie było. O tym wszystkim trzeba sobie mówić. I nie o wszystkim da się powiedzieć w sposób pozbawiony emocji. Szczególnie dla takiego człowieka, jak Flynn.
- Bo ja... - Sam się zaciął. Pies? On? Pilnowanie, by wszyscy byli w łóżkach, kojarzyło mu się z czymś dobrym. Przecież o to chodziło - żeby każdy wypoczął, żeby zjadł, żeby grzecznie posłuchał, bo Laurent chciał jak najlepiej. Żaden był z niego dowódca. Wiedział to. Dlatego starał się podchodzić do każdego człowieka tak, by był skłonny go posłuchać. Nawet jeśli chodziłoby o głupie wybranie się do łóżka. - Bo się boję, że... - Że co? W sumie - że co? - Przyzwyczaiłem się do tego, że ludzie oczekują ode mnie jakiejś roli... - Ale to na pewno o to chodziło? O to też. To w końcu był złożony problem z licznych nacisków, wymagań i ciągłego udowadniania mu, że nie jest wystarczająco dobry. - Nie wiem. - Zakończył, właściwie nie potrafiąc już odnaleźć się w swoich rozbitych myślach. - Nie wiem, co dokładnie masz na myśli. - Nie wierzył mu, nie tak do końca. Nie był w stanie uwierzyć w to, że mając kogoś takiego... idziesz do jeszcze innej osoby i z nią zostajesz. Wierzył za to w to, że coś musiało faktycznie ich poróżnić. Może żona? A może jeszcze coś innego. Może mimo tego porozumienia dusz, o którym mówił, nie było jednak zgody w ich planach na życie. Przez moment głaskał go po karku. - Myślę, że jesteś bystrzejszy, niż chcesz pokazywać. - Musnął ustami jego czoło. - Tylko że mówisz o tak silnym porozumieniu, a potem o moich mizernych próbach nauczenia się ciebie? Flynn... - Zajrzał mu do oczu. - Czy ty potrafisz mi powiedzieć, proste w moje oczy, że przyszedłeś akurat do mnie, bo Raziel cię nie odrzucił? Albo nie wyznaczył granicy? - Posługując się tym słowem, którego temat się okręcił wokół nich kilka razy.
Jeżeli stan Flynna się pogarszał to reagował, żeby go uspokoić, pomóc mu oddychać i nie zadawał dalej tych pytań.