13.01.2025, 11:03 ✶
Tak naprawdę nigdy nie rozumiała do końca poezji. Mogła docenić, że coś brzmi dobrze, ale skomplikowane metafory i piękne słowa wierszy czy dramatów i komedii mniej do niej przemawiały niż proza. W Romeo i Julii widziała dwójkę dzieciaków z okropnymi rodzicami, nie tragicznych kochanków, końcowa przemowa Katarzyny z Poskromienia Złośnicy sprawiła, że Brenna zgrzytała ze złości zębami. Nie miała romantycznej duszy: nie uważała, że nadaje się na bohaterkę poezji. Ale Laurent chciał powiedzieć jej coś miłego, uśmiechnęła się więc tylko w odpowiedzi, chociaż ten uśmiech zgasł dość szybko, kiedy
– Naprawdę? – zdumiała się Brenna. Edwarda wprawdzie nie miała okazji bardzo dobrze poznać, mignął jej ze dwa razy na jakimś przyjęciu, rozmawiała z nim właściwie tylko raz, ale słyszała to i owo, i nijak jej ten Edward Prewett nie przystawał do Pandory.
Prewettówna była jak słońce. Ciepła, jasna, pełna radości.
Ale zaraz nadeszło kolejne zaskoczenie.
– Za mąż? – powtórzyła, i dobrze, że chociaż sięgnęła po filiżankę z tacy, to nie zdążyła się jeszcze napić, bo by chyba się zakrztusiła i padła na dywan, pozbawiona oddechu. Nie żeby to było aż takie dziwne, Pandora miała już ponad trzydzieści lat, a w ich świecie małżeństwa aranżowane nie należały do rzadkości i rodziny często pchały do tego małżonków… Ale Brenna mimo wszystko zdumiała się, bo ten bal… no… miał być już. – Słyszałam… słyszałam o waszym balu, ale niczego o zaręczynach – powiedziała w końcu, bardzo starając się zapanować nad głosem. – Ostatnio się z nią widziałam i hm, nic nie wspominała. Chociaż chyba u was… u Prewettów znaczy się… nikt z tego pokolenia jeszcze z nikim się nie związał na stałe, więc pewnie się niecierpliwą…
A przecież dla rodów czystej krwi przekazanej tej krwi dalej było wszystkim. Nawet jeśli nie były szczególnie konserwatywne. Dziadek, ojciec i matka już od dawna rzucali różne uwagi pod adresem Erika, i trochę rzadziej ku niej. Hamowało to wszystko głównie istnienie Franka oraz świadomość wiszącej nad nimi wojny.
- Mogę tylko powiedzieć, że gdybym wiedziała, że w Ministerstwie jest śmierciożerca i mogła coś z tym zrobić, nie potrzebowałabym takiej zachęty. To już jest moja praca - skwitowała Brenna krótko, gdy przedstawił swój pomysł na skupieniu się na zebraniu ludzi w Ministerstwie do szukania tam przedstawicieli "tej drugiej strony". Ci byli w ministerialnym gmachu, nigdy w to nie wątpiła, ale Ministerstwo już było stroną wojny: każdy auror i Brygadzista był zobowiązany do tego, by działać, jeśli podejrzewał kogoś o działanie w organizacji terrorystycznej. A pozbycie się śmierciożerców było w cholerę trudne, bo wielu z nich było wysoko postawionych, poza tym... często nawet ci neutralni czarodzieje albo wręcz niechętni Voldemortowi woleli nie widzieć, co robią ich bliscy. Robili wyjątki, a potem te wyjątki kogoś krzywdziły.
- Ale zawsze uważałam, że każdy, nie tylko Ministerstwo, może się angażować, jeśli tylko jest na to gotów. Nawet Ben... nie miał żadnych dowodów, że coś mu grozi, rok temu już zgłosił w Ministerstwie… fałszywy alarm, także brakowałoby ludzi dla jego ochrony. Brygadziści i aurorzy nie mogli w końcu chronić każdego mugolaka. Ale już taki mugolak mógł zaniepokojony poprosić, żeby ktoś znajomy do niego wpadł, prawda? Więc umówiłam się z nim, że w razie gdyby nie miał dość dla Ministerstwa, może napisać do mnie i na wszelki wypadek się pojawię. Ale ostatecznie to ty go uratowałeś. Próbuję namierzyć odpowiedzialnych. Mam kilka tropów.
Gdyby nie było tam Laurenta, mężczyzna prawdopodobnie by zginął, zanim ona by dotarła.
– Dziękuję – odparła, gdy Laurent przekazał jej karteczkę, a potem spojrzała na niego uważnie. New Forest musiało zajmować wiele czasu, ale zdawał się naprawdę straszliwie zmęczony. – Mogę w czymś pomóc?
– Naprawdę? – zdumiała się Brenna. Edwarda wprawdzie nie miała okazji bardzo dobrze poznać, mignął jej ze dwa razy na jakimś przyjęciu, rozmawiała z nim właściwie tylko raz, ale słyszała to i owo, i nijak jej ten Edward Prewett nie przystawał do Pandory.
Prewettówna była jak słońce. Ciepła, jasna, pełna radości.
Ale zaraz nadeszło kolejne zaskoczenie.
– Za mąż? – powtórzyła, i dobrze, że chociaż sięgnęła po filiżankę z tacy, to nie zdążyła się jeszcze napić, bo by chyba się zakrztusiła i padła na dywan, pozbawiona oddechu. Nie żeby to było aż takie dziwne, Pandora miała już ponad trzydzieści lat, a w ich świecie małżeństwa aranżowane nie należały do rzadkości i rodziny często pchały do tego małżonków… Ale Brenna mimo wszystko zdumiała się, bo ten bal… no… miał być już. – Słyszałam… słyszałam o waszym balu, ale niczego o zaręczynach – powiedziała w końcu, bardzo starając się zapanować nad głosem. – Ostatnio się z nią widziałam i hm, nic nie wspominała. Chociaż chyba u was… u Prewettów znaczy się… nikt z tego pokolenia jeszcze z nikim się nie związał na stałe, więc pewnie się niecierpliwą…
A przecież dla rodów czystej krwi przekazanej tej krwi dalej było wszystkim. Nawet jeśli nie były szczególnie konserwatywne. Dziadek, ojciec i matka już od dawna rzucali różne uwagi pod adresem Erika, i trochę rzadziej ku niej. Hamowało to wszystko głównie istnienie Franka oraz świadomość wiszącej nad nimi wojny.
- Mogę tylko powiedzieć, że gdybym wiedziała, że w Ministerstwie jest śmierciożerca i mogła coś z tym zrobić, nie potrzebowałabym takiej zachęty. To już jest moja praca - skwitowała Brenna krótko, gdy przedstawił swój pomysł na skupieniu się na zebraniu ludzi w Ministerstwie do szukania tam przedstawicieli "tej drugiej strony". Ci byli w ministerialnym gmachu, nigdy w to nie wątpiła, ale Ministerstwo już było stroną wojny: każdy auror i Brygadzista był zobowiązany do tego, by działać, jeśli podejrzewał kogoś o działanie w organizacji terrorystycznej. A pozbycie się śmierciożerców było w cholerę trudne, bo wielu z nich było wysoko postawionych, poza tym... często nawet ci neutralni czarodzieje albo wręcz niechętni Voldemortowi woleli nie widzieć, co robią ich bliscy. Robili wyjątki, a potem te wyjątki kogoś krzywdziły.
- Ale zawsze uważałam, że każdy, nie tylko Ministerstwo, może się angażować, jeśli tylko jest na to gotów. Nawet Ben... nie miał żadnych dowodów, że coś mu grozi, rok temu już zgłosił w Ministerstwie… fałszywy alarm, także brakowałoby ludzi dla jego ochrony. Brygadziści i aurorzy nie mogli w końcu chronić każdego mugolaka. Ale już taki mugolak mógł zaniepokojony poprosić, żeby ktoś znajomy do niego wpadł, prawda? Więc umówiłam się z nim, że w razie gdyby nie miał dość dla Ministerstwa, może napisać do mnie i na wszelki wypadek się pojawię. Ale ostatecznie to ty go uratowałeś. Próbuję namierzyć odpowiedzialnych. Mam kilka tropów.
Gdyby nie było tam Laurenta, mężczyzna prawdopodobnie by zginął, zanim ona by dotarła.
– Dziękuję – odparła, gdy Laurent przekazał jej karteczkę, a potem spojrzała na niego uważnie. New Forest musiało zajmować wiele czasu, ale zdawał się naprawdę straszliwie zmęczony. – Mogę w czymś pomóc?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.