13.01.2025, 15:05 ✶
Jednak mu się to nie podobało. Dostanie tego, czego tak bardzo pragnął i potrzebował, okazało się... Zgubne. Bo w takiej chwili ciężko było powstrzymać łzy i zrobił to cudem. Wpatrywał się zdezorientowany w to rozmyte, ciemne otoczenie. Oddychał ciężko. Słyszał, w jak straszny sposób waliło teraz jego serce i ten szum... Zagłuszał już prawie wszystko. Robiło mu się gorzej, a ciepło ciała, które przysunęło się do niego w reakcji na narastający atak paniki, zaogniło uczucie, że coś było nie tak.
Łatwo było wymienić pocałunek w czoło w liścia wymierzonego w policzek. A przynajmniej teraz wydawało mu się, że reakcja skóry była podobna.
Zacisnął pięść, próbując jakoś się opanować.
To nie jest historia o tobie, zadzwoniło mu w głowie jeszcze raz, tym razem o wiele dobitniej. Gorzki posmak w ustach stawał się nie do zniesienia, a ten papieros zawisł tak. Już nikogo nie interesował. Popiół opadł mu na spodnie, bo nie miał już czego się trzymać.
- Jak nazwałeś tamto pytanie o Dante...? - Prychnął. Lekka irytacja sprawiała, że nie zająknął się, ale podsumował to zgrzytnięciem zębów. - Mmmhm. - Znów się nad czymś głęboko zastanawiał. i działał komicznie - to znów ten moment, kiedy ich uda się zetknęły, żeby miał jakieś oparcie w myślach przepływających przez jego głowę, ale tułowiem odsunął się do tyłu, opierając mocno o tę kanapę i odwracając głowę w bok. Skubał skórki przy paznokciach, już zapewne bezwiednie, bo całkowicie odpłynął.
To już nie były sekundy, to były minuty. Minuty spędzone w kompletnej ciszy, ale faktycznie nie wyszedł stąd. Nie wstał. Nie poruszył się nawet. Siedział z tą nogą przyklejoną do jego uda i pewnie układał coś w głowie... Albo układał siebie. Bo oddychał nieco spokojniej. Nawet wykonał gest sugerujący, żeby Laurent jadł. Tak po prostu. Przecież tak łatwo było wrócić do normalnego funkcjonowania, kiedy ktoś właśnie wyłączył się za twoimi plecami i trwał w jakimś letargu, z którego nie wyciągały go żadne słowa.
Aż wreszcie przeciął tę ciszę.
- Co poruszyłoby cię bardziej? Gdyby ktoś czytał z ciebie jak z otwartej książki i znał każdą twoją skrywaną myśl, czy gdyby... Nie znał cię głęboko, ale każdego dnia próbował coraz bardziej, na przekór każdej przeciwności? - Nie wierzył w to, że odpowiedź na to nie była oczywista. - Rzecz jest taka, Laurent, że... Jak kogoś takiego jak Raziel rozumiesz na tym poziomie, to bardzo dobitnie rozumiesz również te elementy, które nie działają. I jest w tobie akceptacja tego, że wizja wspólnego życia to... - uśmiechnął się smutno - fantastyka. - Przeplatana jakimiś marzeniami o tym, jak to kiedyś może porzucą swoje życia i wyjadą w góry jak ich narkotykowe urojenia. Farmazony. Dobrze wiedział, że to się nigdy nie wydarzy, ale to było takie słodkie kłamstwo. Tak samo słodkie jak to, które Cain sprzedawał mu za każdym razem kiedy chciał stworzyć wrażenie tego, że się go nie wstydził. - Tak samo jak on zawsze rozumiał to, że nie wybiorę jego. - Udowodnił mu to już dwa razy. Teraz udowadniał mu to trzeci raz. - Ale wiesz - to zdecydowanie bolało najbardziej - to działa tak, że on uścisnąłby ci rękę, dobrze by mu się patrzyło na to, jak jestem szczęśliwy gdyby nie to - głos mu się załamał, znów brzmiał jakby był na granicy płaczu - że jest chory. Pamięta wszystko na zawsze. Każdą chwilę, każde najgorsze gówno, jakie mu zrobiłem i każde kłamstewko, jakie mu sprzedałem, przeżywa w kółko, jakby to działo się tu i teraz. Tak się... - musiał głośno przełknąć ślinę - niszczy komuś życie przypadkiem.
I tak też mu odpowiedział, jednocześnie nie odpowiadając za zadane pytanie wcale. Prawda o tym dlaczego nigdy nie potrafiłby go już sobie odpuścić, chociaż byliby lepszymi przyjaciółmi niż kochankami leżała na wierzchu, gotowa do obejrzenia z każdej strony. Dwójka ludzi, która się kochała i próbowała spełniać swoje zachcianki, zaspokajać swoje potrzeby... prawie zawsze na przekór samemu sobie. W sprzeczności z własną naturą.
To był koniec. Papieros zawisł w powietrzu, a on ściągnął z siebie kurtkę, rzucił ją na oparcie na znak, że zaraz tu wróci i poszedł z tą fajką do łazienki. Bez słowa.
Łatwo było wymienić pocałunek w czoło w liścia wymierzonego w policzek. A przynajmniej teraz wydawało mu się, że reakcja skóry była podobna.
Zacisnął pięść, próbując jakoś się opanować.
To nie jest historia o tobie, zadzwoniło mu w głowie jeszcze raz, tym razem o wiele dobitniej. Gorzki posmak w ustach stawał się nie do zniesienia, a ten papieros zawisł tak. Już nikogo nie interesował. Popiół opadł mu na spodnie, bo nie miał już czego się trzymać.
- Jak nazwałeś tamto pytanie o Dante...? - Prychnął. Lekka irytacja sprawiała, że nie zająknął się, ale podsumował to zgrzytnięciem zębów. - Mmmhm. - Znów się nad czymś głęboko zastanawiał. i działał komicznie - to znów ten moment, kiedy ich uda się zetknęły, żeby miał jakieś oparcie w myślach przepływających przez jego głowę, ale tułowiem odsunął się do tyłu, opierając mocno o tę kanapę i odwracając głowę w bok. Skubał skórki przy paznokciach, już zapewne bezwiednie, bo całkowicie odpłynął.
To już nie były sekundy, to były minuty. Minuty spędzone w kompletnej ciszy, ale faktycznie nie wyszedł stąd. Nie wstał. Nie poruszył się nawet. Siedział z tą nogą przyklejoną do jego uda i pewnie układał coś w głowie... Albo układał siebie. Bo oddychał nieco spokojniej. Nawet wykonał gest sugerujący, żeby Laurent jadł. Tak po prostu. Przecież tak łatwo było wrócić do normalnego funkcjonowania, kiedy ktoś właśnie wyłączył się za twoimi plecami i trwał w jakimś letargu, z którego nie wyciągały go żadne słowa.
Aż wreszcie przeciął tę ciszę.
- Co poruszyłoby cię bardziej? Gdyby ktoś czytał z ciebie jak z otwartej książki i znał każdą twoją skrywaną myśl, czy gdyby... Nie znał cię głęboko, ale każdego dnia próbował coraz bardziej, na przekór każdej przeciwności? - Nie wierzył w to, że odpowiedź na to nie była oczywista. - Rzecz jest taka, Laurent, że... Jak kogoś takiego jak Raziel rozumiesz na tym poziomie, to bardzo dobitnie rozumiesz również te elementy, które nie działają. I jest w tobie akceptacja tego, że wizja wspólnego życia to... - uśmiechnął się smutno - fantastyka. - Przeplatana jakimiś marzeniami o tym, jak to kiedyś może porzucą swoje życia i wyjadą w góry jak ich narkotykowe urojenia. Farmazony. Dobrze wiedział, że to się nigdy nie wydarzy, ale to było takie słodkie kłamstwo. Tak samo słodkie jak to, które Cain sprzedawał mu za każdym razem kiedy chciał stworzyć wrażenie tego, że się go nie wstydził. - Tak samo jak on zawsze rozumiał to, że nie wybiorę jego. - Udowodnił mu to już dwa razy. Teraz udowadniał mu to trzeci raz. - Ale wiesz - to zdecydowanie bolało najbardziej - to działa tak, że on uścisnąłby ci rękę, dobrze by mu się patrzyło na to, jak jestem szczęśliwy gdyby nie to - głos mu się załamał, znów brzmiał jakby był na granicy płaczu - że jest chory. Pamięta wszystko na zawsze. Każdą chwilę, każde najgorsze gówno, jakie mu zrobiłem i każde kłamstewko, jakie mu sprzedałem, przeżywa w kółko, jakby to działo się tu i teraz. Tak się... - musiał głośno przełknąć ślinę - niszczy komuś życie przypadkiem.
I tak też mu odpowiedział, jednocześnie nie odpowiadając za zadane pytanie wcale. Prawda o tym dlaczego nigdy nie potrafiłby go już sobie odpuścić, chociaż byliby lepszymi przyjaciółmi niż kochankami leżała na wierzchu, gotowa do obejrzenia z każdej strony. Dwójka ludzi, która się kochała i próbowała spełniać swoje zachcianki, zaspokajać swoje potrzeby... prawie zawsze na przekór samemu sobie. W sprzeczności z własną naturą.
To był koniec. Papieros zawisł w powietrzu, a on ściągnął z siebie kurtkę, rzucił ją na oparcie na znak, że zaraz tu wróci i poszedł z tą fajką do łazienki. Bez słowa.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.