Tendencyjne. Tamto pytanie było tendencyjne.
Ziemia się trzęsła, a cegły łatwo się rozsypywały przy dużym drżeniu. Źle ułożone, posklejane. Uparte podpieranie się na nich miało więc te wady i zalety - w końcu się skaleczysz, jeśli nie będziesz uważny, ale w końcu tak miało być. Po to zostały tak zaprojektowane. Przyśpieszyło jego serce i poziom stresu na nowo podniósł się na tym termometrze o kilka stopni Celsjusza. Ogień dobry i ogień zły - czasem nie wybierasz, w którym płoniesz. Raz dajesz się ogrzać, a raz po wszystkim pozostaje popiół. Ta właśnie ziemia, w której nic nie zasadzisz. Pusta stajnia, gdzie tylko krew odbija się w podłodze.
Pytanie o pytanie - odpowiedź się nie pojawiła, bo przecież ją znali. Jego retoryka dała blondynowi trochę do myślenia.
Dało mu też powód, żeby przeklinać się w myślach za ciągnięcie tematu i potrzebę wyczerpania go, skoro już został rozpoczęty. Wolał to niż myśl o tym, że jednak pojawiło się niedopowiedzenie i trzeba będzie potem znów zaczynać. Chyba... cóż, jeśli miałby ufać słowom Flynna to on też tak wolał. Przemilczenia zniszczyły mu życie, tak? A może właśnie zniszczyło życie to, że druga strona niczego nie chciała wiedzieć? Czuł się wcale nie lepszy od Alexandra. Przecież też się bał wielu odpowiedzi. A może ten Alex się nie bał - może on po prostu nie chciał z góry o tym słuchać. Bo wiedział i tylko go to wkurwiało. Miało to znaczenie żadne. Znaczenie miało to, czy Flynn wolałby sam to zostawić w tajemnicy, czy właśnie to, co teraz się działo, jednak miało tendencję do wyniesienia ich ku czemuś lepszemu? Bardzo chciał mu udowodnić (i sobie), że tak. Teraz jednak sądził, ze bardziej musiał to udowadniać sobie, bo chyba czarnowłosy miał bardziej ułożoną co do tego głowę niż on.
Gdybanie wpisywało się w to, o co zapytał Flynn. Bo "co by było gdyby". A tutaj przecież nie było gdybania, tak? Był czysty fakt wyborów, o których Flynn myślał. Był cały koszyk jego przemyśleń i emocji, jego doświadczeń, które Laurent musiał zrozumieć. Jego 'chcę' przeradzało się w 'muszę', bo ciekawość była gnębicielem i prowadziła w końcu do zwariowanej niepewności. Chyba nie było nikogo takiego, komu nie byłoby przykro słysząc o tym, że ktoś, kogo kochasz, ma kogoś... dla siebie doskonałego. Powiedział mu to kiedyś bardzo wyraźnie - byłby szczęśliwy mogąc mu pomóc. Gdyby mógł go zobaczyć z jego "na zawsze i na wieczność" chociażby z Alexandrem. Ten teraz odpadał - po tym, co usłyszał, nie było takiej opcji. Ale Raziel? Tak. Chciałby być bardziej egoistyczny, żeby naprawdę zachować go dla siebie, ale by nie potrafił. Tylko że wybór nie był jego. Był Flynna od samego początku.
Nie podobało mu się to odsunięcie, ale nie protestował ani mu tego nie utrudniał. Może oprócz momentu, w którym chciał wyjąć mu tego papierosa z dłoni, kiedy już opadł popiół na nogę. Sięgnął też do jego spodni, żeby go strzepnąć - odruchowo, bo pierwsze co pomyślał, to że może mu zniszczyć spodnie, które tak lubił.
Wcale nie uważał tego za oczywiste. Nie był pewien, czy w pełni rozumie to połączenie dusz, ale żadna z tych opcji nie wydawała mu się mniej poruszająca od drugiej.
- Flynn? - Próbował przerwać trochę tę ciszę. Cicho, delikatnie, ostrożnie. - Chciałbym ci pomóc... ale nie wiem jak. - Jeść? Spojrzał na tę tackę i chyba by teraz zwymiotował wszystko, co by próbował wziąć do ust. Żołądek ponownie mu się zwinął. Już nie był głodny i nie miał na to ochoty. A wszystko stygło. Co za tragedia. I to przez niego. Znowu wszystko zepsuł. Dlatego trzeba trzymać się planów, schematów - wtedy nic się nie psuło. Ustawiony domek z kart się nie rozpadał, lód nie pękał, zboża nie spalały się, a mur nie rozpadał.
- To... Flynn, bardzo mi przykro... - Było - i to było widać po jego twarzy. Odsuwając wszelkie animozje na bok - to było po prostu straszne. I rozumiał już, jak straszne i trudne było to dla samego Flynna. Wyciągnął do niego dłoń, ale ledwo przesunął ją po jego ręce, kiedy mężczyzna wstał, ściągnął kurtkę - i wyszedł z tą fajką. Laurent cofnął do siebie te dłonie i przycisnął do klatki piersiowej. Dopiero teraz zaczęły drżeć, jak i zadrżał on cały. Jak zaczął szybciej oddychać bez poczucia, że musi się kontrolować. Nie chciał dokładać emocji Flynnowi widząc, jak strasznie wyglądał i jak bardzo przy tym nie wiedział, co ma z nim zrobić. Jak mu pomóc. Głupi, głupi, głupi, głupigłupigłupi... Pisk w uszach. Uspokoił nieco oddech i spojrzał na tę kurtkę. Ile minęłoc zasu? Parę sekund? Minut? A jeśli coś mu się stało? Jeśli coś sobie zrobił? Jeśli potrzebuje pomocy? A może po prostu wyszedł do łazienki. Albo potrzebował chwili na odetchnięcie? Ile czasu było czasem optymalnym, żeby jednak tam poszedł. Zaufanie. W ogóle nie ufał Flynnowi, że nic się nie stanie.
Minęło parę minut - i jeśli Crow się do tego czasu nie pojawił, to Laurent wziął tą kurtkę (tylko czemu? tego nie wiedział) i wyszedł na zewnątrz. Złapał kelnerkę, by zapytać, czy nie widziała jego towarzysza - oj tak, widziała. Poszedł się odświeżyć. I ruszył do tej łazienki.
Z jakąś złością budującą się w środku.