Odszedł spokojnym, mozolnym krokiem, nieco się garbiąc. Wisielcza mina nie pomagała w braku obaw klientów restauracji, kiedy widzieli wyeksponowane, wytatuowane ręce, więc szukając tej cholernej łazienki, zakrzywiał kąt padania światła, żeby przynajmniej jego morda została owiana tym półmrokiem. A kiedy wreszcie ją znalazł i wszedł do środka, był zdziwiony. Nie było tutaj kabin, nie było innych ludzi. Zamknął za sobą zamek i cała ta przestrzeń była jego. Uznał to jednocześnie za błogosławieństwo i przekleństwo - w jakimś sensie potrzebował chwili bez Laurenta, gapiów i dźwięków, jednocześnie cicha melodyjka grająca w środku i taka świadomość znajdowania się w potrzasku nie potrafiły już opuścić jego łba. Trochę tortura, a jednak tliło się w nim zmartwienie zostania tutaj za długo.
Musiał się jakoś ogarnąć.
Spojrzał w swoje odbicie w tym przeklętym lustrze i o matko - ani trochę się teraz nie dziwił tym reakcjom, jakie od niego dostawał, bo naprawdę wyglądał obleśnie. Czerwony od wściekłości i żalu, z falą łez spływających mu teraz po policzkach. Kiedyś kiedy tak ryczał, to przynajmniej był słodki - bo był młody i głupi. A teraz był stary i głupi. Coraz rzadziej patrzył w lustro, bo nie mógł znieść widoku siwych włosów i zmarszczek wdzierających się w zmęczone życiem oblicze. Zachłysnął się powietrzem i zaczął szlochać. Ten szloch rozbijał się o ściany wygłuszonego pomieszczenia, ale i tak próbował go stłumić. Nie mógł tu przecież pobiegać. Nie mógł ostudzić się niczym fajnym, bo wtedy to Laurent dostanie ataku paniki i wtedy już na pewno wrócą do domu głęboko rozczarowani tym wszystkim, co się tutaj stało. Chęć sprawienia mu przyjemności tymi zakupami i flirciarski ton, jakim mówił kilkadziesiąt minut temu, brzmiał jak coś, od czego dzieliły ich tygodnie. Nie mógł pozwolić im upaść. Wyryczał się więc w trybie ekspresowym. Wymusił te łzy, aż nie spuchły mu oczy i nie miał już z czego wydmuchiwać nosa. A później odkręcił kran na najzimniejszą wodę, wsadził pod niego twarz i opłukiwał się tak długo, jak uznał za konieczne, żeby jakkolwiek przeciwdziałać opuchniętym oczom. Tak, był tam gdzieś Cain, którego skrzywdził cholernie. I do końca życia będzie się zadręczał tym, że ten chłopak w ostatniej chwili życia, jeżeli będzie mu dane zorientować się o własnej śmieci, pomyśli o nim. I to będzie albo najpiękniejsze ich wspomnienie, albo najgorsze. Był tam gdzieś i to bolało. Nie istniała szansa, żeby go sobie darował, zrezygnował z przychodzenia do niego i opowiadania głupich historii. Ale co do głupich historii - tak samo jak historia o tym, dlaczego nie był z Cainem ani Alexandrem nie była historią o Laurencie, tak samo dzisiejszy dzień nie był historią o żadnym z nich.
Musiał stanąć na wysokości zadania. Musiał się ogarnąć, musiał...
Spojrzał w lustro jeszcze raz. Nie wyglądał dużo lepiej, ale zimno w jakiś sposób go obudziło. Przemył tą wodą jeszcze swoje ręce, kard, ramiona, barki. Dmuchnął w grzywkę przyklejoną do wilgotnej twarzy i odetchnął głęboko. Zaczął się wachlować. I to wachlowanie rękoma przyniosło mu jakąś ulgę, więc po kilku sekundach już nie tylko się wachlował. Gdyby w tym przeklętym kiblu były kabiny, mógłby chwycić się ich ramy i popodciągać się, ale wszystko tu było takie... prywatne, ekskluzywne, dopracowane. Mógł tylko popodskakiwać na jednej nodze i na drugiej. A później spojrzeć w to lustro trzeci raz i powiedzieć do niego: kocham cię. Nie to nie brzmiało dobrze. Jeszcze raz: kocham cię. Trochę lepiej, ale wciąż miał chrypę. Potrzebował czasu, ale nie miał czasu, więc cicho recytował tekst swojego ostatniego występu. Nie było nikogo brzydszego niż on i nikogo piękniejszego niż ona. Jak że ona się w nim zakochała, co? Wysokie miał progi The Edge, skoro z kolców i piór obrać go mogła tylko najpiękniejsza kobieta na świecie.
Jeszcze wyciągnięcie rąk w górę. Jeszcze pochylenie się w dół. Jeszcze podciągnięcie się na niczym w górę kilka razy. I jego oddech naprawdę stawał się stabilniejszy. Wyprostował plecy, przestał się garbić.
Wróci tam i jakoś to będzie.
Czy zdążył?
Wracając do stolika, nie zakrzywiał już światła. Szedł spokojnie, ale szybkim krokiem. Z rękoma wciśniętymi w kieszenie i podejrzanie dobrze ułożonymi włosami jak na to, że nie zabrał tak kurtki z Ulizanną. Dosiadł się. Nie darował sobie tego, żeby usiąść na powrót tak blisko jak wcześniej, tak blisko, żeby musieli dotykać się nawet gdyby nie objął go ręką, ale przecież to zrobił. Zimny jak diabli.
- Jestem tu, bo - powiedział tym wypracowanym przy lustrze tonem - mówiłeś mi o tym jak chciałbyś być kochany i jak chciałbyś kochać, a mi się to spodobało. Nie dlatego, że ktoś mnie zostawił. - Jeszcze raz głośno wypuścił powietrze. - Błagam, zjedzmy coś, zanim stopię się z poczucia winy. Czy w takich restauracjach w ogóle pakują na wynos?
Musiał się jakoś ogarnąć.
Spojrzał w swoje odbicie w tym przeklętym lustrze i o matko - ani trochę się teraz nie dziwił tym reakcjom, jakie od niego dostawał, bo naprawdę wyglądał obleśnie. Czerwony od wściekłości i żalu, z falą łez spływających mu teraz po policzkach. Kiedyś kiedy tak ryczał, to przynajmniej był słodki - bo był młody i głupi. A teraz był stary i głupi. Coraz rzadziej patrzył w lustro, bo nie mógł znieść widoku siwych włosów i zmarszczek wdzierających się w zmęczone życiem oblicze. Zachłysnął się powietrzem i zaczął szlochać. Ten szloch rozbijał się o ściany wygłuszonego pomieszczenia, ale i tak próbował go stłumić. Nie mógł tu przecież pobiegać. Nie mógł ostudzić się niczym fajnym, bo wtedy to Laurent dostanie ataku paniki i wtedy już na pewno wrócą do domu głęboko rozczarowani tym wszystkim, co się tutaj stało. Chęć sprawienia mu przyjemności tymi zakupami i flirciarski ton, jakim mówił kilkadziesiąt minut temu, brzmiał jak coś, od czego dzieliły ich tygodnie. Nie mógł pozwolić im upaść. Wyryczał się więc w trybie ekspresowym. Wymusił te łzy, aż nie spuchły mu oczy i nie miał już z czego wydmuchiwać nosa. A później odkręcił kran na najzimniejszą wodę, wsadził pod niego twarz i opłukiwał się tak długo, jak uznał za konieczne, żeby jakkolwiek przeciwdziałać opuchniętym oczom. Tak, był tam gdzieś Cain, którego skrzywdził cholernie. I do końca życia będzie się zadręczał tym, że ten chłopak w ostatniej chwili życia, jeżeli będzie mu dane zorientować się o własnej śmieci, pomyśli o nim. I to będzie albo najpiękniejsze ich wspomnienie, albo najgorsze. Był tam gdzieś i to bolało. Nie istniała szansa, żeby go sobie darował, zrezygnował z przychodzenia do niego i opowiadania głupich historii. Ale co do głupich historii - tak samo jak historia o tym, dlaczego nie był z Cainem ani Alexandrem nie była historią o Laurencie, tak samo dzisiejszy dzień nie był historią o żadnym z nich.
Musiał stanąć na wysokości zadania. Musiał się ogarnąć, musiał...
Spojrzał w lustro jeszcze raz. Nie wyglądał dużo lepiej, ale zimno w jakiś sposób go obudziło. Przemył tą wodą jeszcze swoje ręce, kard, ramiona, barki. Dmuchnął w grzywkę przyklejoną do wilgotnej twarzy i odetchnął głęboko. Zaczął się wachlować. I to wachlowanie rękoma przyniosło mu jakąś ulgę, więc po kilku sekundach już nie tylko się wachlował. Gdyby w tym przeklętym kiblu były kabiny, mógłby chwycić się ich ramy i popodciągać się, ale wszystko tu było takie... prywatne, ekskluzywne, dopracowane. Mógł tylko popodskakiwać na jednej nodze i na drugiej. A później spojrzeć w to lustro trzeci raz i powiedzieć do niego: kocham cię. Nie to nie brzmiało dobrze. Jeszcze raz: kocham cię. Trochę lepiej, ale wciąż miał chrypę. Potrzebował czasu, ale nie miał czasu, więc cicho recytował tekst swojego ostatniego występu. Nie było nikogo brzydszego niż on i nikogo piękniejszego niż ona. Jak że ona się w nim zakochała, co? Wysokie miał progi The Edge, skoro z kolców i piór obrać go mogła tylko najpiękniejsza kobieta na świecie.
Jeszcze wyciągnięcie rąk w górę. Jeszcze pochylenie się w dół. Jeszcze podciągnięcie się na niczym w górę kilka razy. I jego oddech naprawdę stawał się stabilniejszy. Wyprostował plecy, przestał się garbić.
Wróci tam i jakoś to będzie.
Czy zdążył?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
Wracając do stolika, nie zakrzywiał już światła. Szedł spokojnie, ale szybkim krokiem. Z rękoma wciśniętymi w kieszenie i podejrzanie dobrze ułożonymi włosami jak na to, że nie zabrał tak kurtki z Ulizanną. Dosiadł się. Nie darował sobie tego, żeby usiąść na powrót tak blisko jak wcześniej, tak blisko, żeby musieli dotykać się nawet gdyby nie objął go ręką, ale przecież to zrobił. Zimny jak diabli.
- Jestem tu, bo - powiedział tym wypracowanym przy lustrze tonem - mówiłeś mi o tym jak chciałbyś być kochany i jak chciałbyś kochać, a mi się to spodobało. Nie dlatego, że ktoś mnie zostawił. - Jeszcze raz głośno wypuścił powietrze. - Błagam, zjedzmy coś, zanim stopię się z poczucia winy. Czy w takich restauracjach w ogóle pakują na wynos?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.