13.01.2025, 19:16 ✶
Crow przymknął oczy. Zignorował to pakują, z wielką ulgą zauważając, że Laurent wreszcie sięgał po... cokolwiek sobie zamówił. Po to tutaj przecież przyszli. Żeby się najadł czegoś, co lubi jeść. Nawet jeżeli to było to cuchnące obrzydlistwo. Nie robił żadnych głupich min, ani nie reagował źle na widok jego talerza, ale też nieszczególnie cieszył się z widoku czegoś, co wciąż się ruszało kiedy serwował ci to kelner. Trochę jak opowieści o karpiu w wannie z bloku wschodniego. Niby nieszczególnie ruszało go to, że jadło się zwierzęta. Niby widząc martwego konia w zjaranej doszczętnie stajni... ucieszył się cholernie, że to był tylko konik, a nie człowiek. No ale nie miał w sobie tego czegoś, co pozwalało mu spoglądać z obojętnością na czyjąkolwiek mękę.
Śmierć była czymś nieuniknionym. Nie przerażało go to aż tak bardzo jak innych, po prostu... dlaczego dodawać jej bólu? Dlaczego cokolwiek miałoby cierpieć dla cudzej przyjemności?
- Bo cieszyłeś się na myśl, że to wszystko zjesz - przyznał. - Ale tej radości już w tobie nie ma. - Był chyba tylko jeden sposób na to, żeby wrócili do tematu jedzenia. Zabranie się za nie samemu. Napił się więc tego soku, żeby przepłukać gorzki posmak w ustach i w pierwszej chwili chciał chwycić ten talerz i rozsiąść się wygodniej. Dopiero w drugiej chwili przypomniał sobie o tych no... zasadach. Kompletnie z dupy, bo w tych warunkach siedzenie przy stole było zwyczajnie niewygodne, skoro mógłby wyłożyć się i wpatrywać w niego jedząc te kluski, zatopionym w kanapie. - Co to jest? - Słyszał nazwę, słyszał rozmowę. Ale to wcale nie znaczyło, że rozumiał co je.
Jedyne co o tym rozumiał, że to było koszmarne, wstrętne... Jezu Chryste. Mniej-więcej tak wyobrażał sobie zjedzenie ślimaka i o kurwa - to miało inny wymiar paskudności. I nie chodziło nigdy o smak, o zapach. No dobra - zapach też potrafił go odrzucić, ale nic nie odpychało go tak bardzo jak tekstura jedzenia. Jakiś nieznany, niezrozumiały ląd. Potraktował więc tę cholerną krewetkę dokładnie tak, jak traktował absolutnie wszystko, co wciskali w niego Bellowie, a on nie mógł tego normalnie zeżreć. Połknął ją w całości tak, żeby nie musieć tego przeżuwać, a później zagryzł to kluską. Ta, zgodnie z jego oczekiwaniami, była bezpieczna. To było po prostu ciasto.
Naprawdę nie chciał usłyszeć pytania „smakuje ci?”, ale już czuł, jak nadciąga. Nie dało się go uniknąć. Nawet jeżeli nie wybrzmieje pomiędzy nimi, to Laurent zada mu je oczami, albo będzie się na niego gapił ukradkiem. Z drugiej strony jak długo można było jeść to samo? Miał kilka bezpiecznych opcji. Spróbowanie czegokolwiek innego zawsze wiązało się z taką katorgą. Zawsze istniało ryzyko, że trafi na znienawidzoną konsystencję. Na zapach, którego nikt inny nie czuł. Nikt tego do końca nie rozumiał. W dzieciństwie potrafił godzinami siedzieć przy stole i wpatrywać się w talerz jak w najgorszego wroga, bo Tully kazał mu wszystko dojadać, a on zwyczajnie nie mógł wytrzymać, kiedy ta tekstura wrzynała się w jego głowę i doprowadzała do szału. Nigdy nikomu o tym nie powiedział, bo się przecież nie odzywał do wieku nastoletniego, więc luksus powiedzenia nie nadal go unikał. Z czasem nauczył się to wygłuszać. Udawać wdzięczność, poddawać się faktowi, że jeżeli chciał wciąż tyle samo ćwiczyć, to musiał jeść.
Dzisiaj nie musiał udawać wdzięczności, ale zachował normalny wyraz twarzy.
Śmierć była czymś nieuniknionym. Nie przerażało go to aż tak bardzo jak innych, po prostu... dlaczego dodawać jej bólu? Dlaczego cokolwiek miałoby cierpieć dla cudzej przyjemności?
- Bo cieszyłeś się na myśl, że to wszystko zjesz - przyznał. - Ale tej radości już w tobie nie ma. - Był chyba tylko jeden sposób na to, żeby wrócili do tematu jedzenia. Zabranie się za nie samemu. Napił się więc tego soku, żeby przepłukać gorzki posmak w ustach i w pierwszej chwili chciał chwycić ten talerz i rozsiąść się wygodniej. Dopiero w drugiej chwili przypomniał sobie o tych no... zasadach. Kompletnie z dupy, bo w tych warunkach siedzenie przy stole było zwyczajnie niewygodne, skoro mógłby wyłożyć się i wpatrywać w niego jedząc te kluski, zatopionym w kanapie. - Co to jest? - Słyszał nazwę, słyszał rozmowę. Ale to wcale nie znaczyło, że rozumiał co je.
Jedyne co o tym rozumiał, że to było koszmarne, wstrętne... Jezu Chryste. Mniej-więcej tak wyobrażał sobie zjedzenie ślimaka i o kurwa - to miało inny wymiar paskudności. I nie chodziło nigdy o smak, o zapach. No dobra - zapach też potrafił go odrzucić, ale nic nie odpychało go tak bardzo jak tekstura jedzenia. Jakiś nieznany, niezrozumiały ląd. Potraktował więc tę cholerną krewetkę dokładnie tak, jak traktował absolutnie wszystko, co wciskali w niego Bellowie, a on nie mógł tego normalnie zeżreć. Połknął ją w całości tak, żeby nie musieć tego przeżuwać, a później zagryzł to kluską. Ta, zgodnie z jego oczekiwaniami, była bezpieczna. To było po prostu ciasto.
Naprawdę nie chciał usłyszeć pytania „smakuje ci?”, ale już czuł, jak nadciąga. Nie dało się go uniknąć. Nawet jeżeli nie wybrzmieje pomiędzy nimi, to Laurent zada mu je oczami, albo będzie się na niego gapił ukradkiem. Z drugiej strony jak długo można było jeść to samo? Miał kilka bezpiecznych opcji. Spróbowanie czegokolwiek innego zawsze wiązało się z taką katorgą. Zawsze istniało ryzyko, że trafi na znienawidzoną konsystencję. Na zapach, którego nikt inny nie czuł. Nikt tego do końca nie rozumiał. W dzieciństwie potrafił godzinami siedzieć przy stole i wpatrywać się w talerz jak w najgorszego wroga, bo Tully kazał mu wszystko dojadać, a on zwyczajnie nie mógł wytrzymać, kiedy ta tekstura wrzynała się w jego głowę i doprowadzała do szału. Nigdy nikomu o tym nie powiedział, bo się przecież nie odzywał do wieku nastoletniego, więc luksus powiedzenia nie nadal go unikał. Z czasem nauczył się to wygłuszać. Udawać wdzięczność, poddawać się faktowi, że jeżeli chciał wciąż tyle samo ćwiczyć, to musiał jeść.
Dzisiaj nie musiał udawać wdzięczności, ale zachował normalny wyraz twarzy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.