27.01.2023, 19:19 ✶
Ten dzień w pracy przebiegł całkowicie zwyczajnie. Lucy przesiedziała go w swoim biurze nad papierkową robotą. Traktowała tę pracę tak poważnie jak każdą inną z tą różnicą, że gdy skończyła już wszystko co miała zrobić nadchodził czas na przemyślenia, czego ostatnimi czasy wolała unikać. Kiedy wyszła z budynku Ministerstwa Magii jeden z pierwszych dni maja powitał ją porywistym wiatrem. Cóż, była to pogoda typowa dla Londynu o tej porze roku, a ludzie po ulicach chodzili opatuleni w swoje płaszcze. Kiedyś na zmaganie się z wiatrem nie zwróciłaby w ogóle uwagi, o tyle teraz szarpanie się z wiatrem przysparzało ją o ból głowy.
Jednak dzisiaj jeszcze obowiązki się na tym nie kończyły, ponieważ było zadanie do wykonania z Zakonu Feniksa. Lucy zjadła obiad w kantynie, jednak i tak chciała się aportować najpierw do rodzinnej rezydencji. Gdy weszła do środka trafiła generalnie na porę obiadu. Nie chcąc nikomu przeszkadzać, stanęła więc na progu kuchni, uśmiechnęła się lekko, co nie przychodziło jej tak łatwo jak kiedyś i pomachała mówiąc dosyć cicho
– Witajcie… Życzę dobrego obiadu – potem spuściła głowę i podreptała do swojego pokoju.
Miała dziś iść na akcję pod przykrywką, dlatego chciała przebrać się w coś mniej rzucającego się w oczy od płaszcza. Przebrała się w granatową wiatrówkę, przy wyjściu zamierzała ubrać wysokie, skórzane, czarne buty, ze względu na to, że miała się spotkać z Patrickiem w pobliżu mokradeł. Będąc na chwilę w domu nie zastała ojca, za to po chwili ze Szpitala św. Munga wróciła jej młodsza siostra. Zamieniły dwa zdania o tym jak minął dzień. Lucy powiedziała, że musi dziś jeszcze wyjść. Danielle uścisnęła ją, jak gdyby chciała powiedzieć – Wiem, że ci ciężko. – Potem Lucy pożegnała się krótko i ruszyła do wyjścia. Kiedy była gotowa wyszła przed dom rezydencji Longbottomów.
Teraz starała się tylko zebrać w sobie i przygotować do działania. Wiedziała, że ma się spotkać z Patrickiem w pobliżu mglistych mokradeł i że mają pomóc czarodziejce niemagicznego pochodzenia. Lucy ciągle wierzyła w słuszność sprawy i misję, jaką niósł Zakon. Czuła jednak, że nie jest już tą silną kobietą co kiedyś, gdy potrafiła przeciwstawiać się przeciwnością. Może nawet nigdy nie była silna, jednak nie chciała pozwolić, by apatia wpłynęła na wykonywane przez nią obowiązki. Nie czekając długo, wyciągnęła karteczkę z koordynatami, chociaż sprawdzała ją już tyle razy, że znała je na pamięć. Wzięła płytki oddech i aportowała się w wyznaczone miejsce.
Na miejscu czekał już zakapturzony mężczyzna, stojący pod drzewem. Lucy podeszła, żeby upewnić się, że to Patrick. Skinęła lekko głową, żeby się przywitać i powiedziała
– Już jestem – co znaczyło, że jest gotowa do działania. Spojrzała w kierunku drewnianego domku, w którym paliło się światło. Podejrzewała, że to będzie miejsce, gdzie mieszkała czarodziejka. Starała się wyrzucić wszystkie troski z głowy i czekała w milczeniu na dalsze polecenia.
Jednak dzisiaj jeszcze obowiązki się na tym nie kończyły, ponieważ było zadanie do wykonania z Zakonu Feniksa. Lucy zjadła obiad w kantynie, jednak i tak chciała się aportować najpierw do rodzinnej rezydencji. Gdy weszła do środka trafiła generalnie na porę obiadu. Nie chcąc nikomu przeszkadzać, stanęła więc na progu kuchni, uśmiechnęła się lekko, co nie przychodziło jej tak łatwo jak kiedyś i pomachała mówiąc dosyć cicho
– Witajcie… Życzę dobrego obiadu – potem spuściła głowę i podreptała do swojego pokoju.
Miała dziś iść na akcję pod przykrywką, dlatego chciała przebrać się w coś mniej rzucającego się w oczy od płaszcza. Przebrała się w granatową wiatrówkę, przy wyjściu zamierzała ubrać wysokie, skórzane, czarne buty, ze względu na to, że miała się spotkać z Patrickiem w pobliżu mokradeł. Będąc na chwilę w domu nie zastała ojca, za to po chwili ze Szpitala św. Munga wróciła jej młodsza siostra. Zamieniły dwa zdania o tym jak minął dzień. Lucy powiedziała, że musi dziś jeszcze wyjść. Danielle uścisnęła ją, jak gdyby chciała powiedzieć – Wiem, że ci ciężko. – Potem Lucy pożegnała się krótko i ruszyła do wyjścia. Kiedy była gotowa wyszła przed dom rezydencji Longbottomów.
Teraz starała się tylko zebrać w sobie i przygotować do działania. Wiedziała, że ma się spotkać z Patrickiem w pobliżu mglistych mokradeł i że mają pomóc czarodziejce niemagicznego pochodzenia. Lucy ciągle wierzyła w słuszność sprawy i misję, jaką niósł Zakon. Czuła jednak, że nie jest już tą silną kobietą co kiedyś, gdy potrafiła przeciwstawiać się przeciwnością. Może nawet nigdy nie była silna, jednak nie chciała pozwolić, by apatia wpłynęła na wykonywane przez nią obowiązki. Nie czekając długo, wyciągnęła karteczkę z koordynatami, chociaż sprawdzała ją już tyle razy, że znała je na pamięć. Wzięła płytki oddech i aportowała się w wyznaczone miejsce.
Na miejscu czekał już zakapturzony mężczyzna, stojący pod drzewem. Lucy podeszła, żeby upewnić się, że to Patrick. Skinęła lekko głową, żeby się przywitać i powiedziała
– Już jestem – co znaczyło, że jest gotowa do działania. Spojrzała w kierunku drewnianego domku, w którym paliło się światło. Podejrzewała, że to będzie miejsce, gdzie mieszkała czarodziejka. Starała się wyrzucić wszystkie troski z głowy i czekała w milczeniu na dalsze polecenia.