Cornelius stał w drzwiach swojego mieszkania, a jego spojrzenie wędrowało między Geraldine a Ambroise'em. Oboje wydawali się spięci, ich twarze zdradzały napięcie, które wypełniało przestrzeń między nimi. Nie to, że to było coś niecodziennego, skoro te ich napięcia trwały już prawie dwa lata, to samo w sobie nie było niczym szczególnym. To, co go zaniepokoiło, to była ta wspólna wizyta, bez konieczności bycia tutaj razem, którą dyktowały by urodziny jego albo Fabiana. W dodatku, im dłużej na nich patrzył, tym bardziej miał wrażenie, że ich na czymś przyłapał, tylko nie do końca wiedział, co to mogło być, bo nic nie dostrzegł, gdy otworzył drzwi. Jednakowoż miał wrażenie, że coś przeoczył, czegoś nie dostrzegł, gdy na moment ogarnęła go fala zaskoczenia, usprawiedliwiona, bo nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział ich razem, a już na pewno nie w takiej sytuacji, ale coś mu przysłoniła. W jego umyśle zapaliła się czerwona lampka. Automatycznie spojrzał po twarzach przyjaciół - nic - potem skierował wzrok na ich ubrania, które były przemoczone, lecz nie wymięte - znowu nic - więc ostatecznie nie miał wyjścia. Wpuścił oboje do swojego mieszkania, ale w dalszym ciągu mierzył ich wzrokiem.
Pięćdziesiąt na sto. Z perspektywy Corneliusa to nie mogło być pięćdziesiąt, bo gdyby tak było, nie przyszliby do niego razem. Znał ich zbyt dobrze.
- Pięćdziesiąt? - Powtórzył, nie kryjąc niedowierzania, tym bardziej, że nie zamierzał ukrywać tego, co myślał. - Nie przyszlibyście tu razem, gdyby to było tylko pięćdziesiąt. To nie może być pięćdziesiąt, bo nie ma mowy, żebyście się tak zebrali, gdyby sprawy były „nie najgorsze”. Coś się dzieje, prawda? Coś, co was łączy, coś, co sprawia, że chcecie być tutaj, w moim domu, razem. - Wiedział, że połowa skali to nie była liczba, która skłaniałaby ich do wspólnego przyjścia. W jego umyśle natychmiast ponownie zamigotała czerwona lampka. Coś musiało być nie tak. Tylko, co?
Kolejny raz spojrzał na nich z nieufnością. To, że przyszli razem, nie wróżyło niczego dobrego. Zmiany, które zagościły w jego życiu, sprawiły, że był czujny na wszystkie sygnały, które mogły zwiastować kłopoty. Od ich rozstania, które miało miejsce w czasie, gdy on przeżywał swoją osobistą tragedię, był dla nich punktem wspólnym, ale prawie nigdy nie jednocześnie. Wyjątkiem były wspomniane urodziny. No, właśnie, urodziny. Szybko odrzucił myśl, ale nie potrafił się powstrzymać. Gdy Geraldine zdjęła płaszcz, jego wzrok mimowolnie skupił się na jej sylwetce. Odezwał się szybciej, niż pomyślał, że może nie powinien tego robić.
- Czy wy znowu ze sobą sypiacie? Wpadliście? To jest to wasze „pięćdziesiąt na sto”? - Zapytał bez ogródek, wpatrując się w Geraldine. Nie czuł potrzeby owijać w bawełnę. W końcu to byli jego przyjaciele, znali się na wylot, dobrze wiedział, że ich relacja zawsze była burzliwa. Czekał na odpowiedź, mierząc wzrokiem kobietę, szukając jakiegokolwiek potwierdzenia swojej teorii. Od zawsze był bezpośredni, a w tej chwili nie miał zamiaru tego zmieniać. To pytanie wydało mu się całkowicie uzasadnione. W końcu, dlaczego mieliby się powstrzymywać? Geraldine i Ambroise byli chaotyczni i porywczy, prędzej czy później musieli znowu pójść do łóżka, więc Cornelius nie byłby zdziwiony, że tak się stało. Znał ten mechanizm, wiedział, że w obliczu widma śmierci, szalejącej wojny, dramatów i tragedii, ludzie często szukali pocieszenia w ramionach innych. W końcu w tak chaotycznym świecie, w którym żyli, łatwo było o przypadkowe zbliżenie, nawet między obcymi, a co dopiero mówić o ludziach, którzy tak bardzo chcieli udowodnić wzajemną obojętność, że aż byli w tym przerysowani i nieprzekonujący. Wzrok Corneliusa błądził między nimi, jakby próbował odczytać ich nastroje i intencje. Był gotów na to, co mogły przynieść ich słowa, ale w głębi duszy pragnął, by to nie było to, czego się obawiał. Nie był Amandą, ocipiałby w takich okolicznościach, szczególnie, że tak nie wyglądali szczęśliwi rodzice.