- Sądzisz, że mogłabym chcieć Cię wykorzystać? - Nie śmiałaby tego robić, gdzie tam, jej zamiary były bardzo jasne. No, chociaż może trochę chciała go wykorzystać, ale nie w taki sposób, który by mu się nie spodobał.
Nie, żeby chciała od niego tylko i wyłącznie tego, bo to zawsze było coś więcej, ale szkoda by było nie skorzystać z okazji, która się nadarzyła, skoro już zaczął rozmawiać o swoim fiucie. Nie omieszkała nie poruszyć tego tematu, bo była nawalona, zdecydowanie za bardzo, inaczej pewnie by go nie pociągnęła. To nie tak, że jej do niej nie ciągnęło, przecież to też już się wydarzyło odkąd się tutaj znaleźli, nadal nie do końca potrafili zapanować nad swoimi pragnieniami, gdy znajdowali się zbyt blisko siebie, a że pragnęli przede wszystkim swojej bliskości... to cóż. Jakoś tak wyszło. Nie był to pierwszy raz. Zawsze potrafili znaleźć czas na cielesne uniesienia i inne przyjemności. Więź która ich połączyła była bardzo silna i łączyła w sobie chyba każdy możliwy aspekt obecności drugiego człowieka. To było coś niezwykłego. Od samego początku przecież to sobie powtarzali, byli wyjątkowi w tym wszystkim, nie wątpiła, że nadal gdzieś tam w nich to było, zresztą wychodziło już na zewnątrz. To nie mogło się zmienić, było trwałe i niezaprzeczalne, bez względu na to, jak mocno nie walczyliby z tym uczuciem.
- Z tym nie mogę się zgodzić Roise, nie jesteś prostym człowiekiem, ale dobrze, że w tej pierwszej części się zgadzamy. - Cóż, mogli chociaż tyle ustalić. Zamierzała skorzystać z nadażającej się okazji, nie czuła, żeby to była desperacja, bo skoro jedno i drugie tego chciało, to dlaczego mieliby się wstrzymywać przed daniem sobie kolejnej chwili zapomnienia, szczególnie, że miała spowodować to popołudnie jeszcze bardziej przyjemnym. Bardzo dobrze, że mieli tutaj zgodność, bo szkoda było zmarnować szansę, która się nadarzyła.
Nie wydawało jej się, aby mogło to jakoś bardziej skomplikować to, co się między nimi działo, bo i tak wszystko już było mocno pokręcone i niejasne, jeden krok w jedną, czy drugą stronę raczej nic nie zmieniał, zresztą aktualnie miała to w głębokim poważaniu, była nawalona, mogła sięgać po wszystko na co miała ochotę. Najwyżej jak otrzeźwieje pojawi się kac nie tylko ten standardowy, ale też moralny. Czy byłby to pierwszy raz? Nie, zresztą to był Roise, a nie żaden obcy typ, z dwojga złego zawsze lepiej w tę stronę.
- Tak, ale nie wiem, czy to dobry pomysł robić go w takim stanie. - Nie, żeby miała mu do zarzucenia to, że był pijany, bo przecież ona sama również była, chodziło bardziej o okazanie troski o jego zdrowie, może robiła to w nieco pokrętny sposób, ale tak już miała, a alkohol zdecydowanie tylko jeszcze zwiększał jej problem ze składaniem myśli w słowa. Bardzo łatwo przychodziło jej sięganie do dziwnych skrótów, które nie zawsze do końca mogły sugerować o co jej chodzi. Tak było i tym razem, bo jakimś cudem od tego jednego, głupiego pytania wylądowali w miejscu w którym Yaxleyówna odcinała mu kciuki, czy inne palce, ale nie tylko. Pięknie się to rozwinęło.
- To jest plan godny prawdziwej królowej Nokturnu, nie sądzisz? - Zniszczenie wszystkich, ważnych rodzin należących do elity. Powinna się nad tym zastanowić, szczególnie, że wymagało to tylko i wyłącznie odcięcia palców serdecznych, to nie był zbyt wielki problem. Szkoda tylko, że sama należała do tej elity... ale kto by się tam tym przejmował. Wydawało jej się to całkiem zabawne, doprowadzenie do upadku rodziny, tylko i wyłącznie przez to, że mogłoby zabraknąć im tego najważniejszego palca, gdy Ambroise o tym w ten sposób mówił brzmiało to naprawdę śmiesznie. Nie, żeby sądziła, że palce by ich ograniczały... no ale dzisiaj rozmawiali o tak abstrakcyjnych sytuacjach, że ta również nie wydawała jej się specjalnie dziwna. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, który zaczął pojawiać się na jej twarzy.
- To też jest całkiem niezłym rozwiązaniem, zmieściłby się do dyskretnej koperty, strata nie boli, aż tak bardzo, cenna uwaga, na pewno ją sobie zapamiętam. - Prawdopodobieństwo, że stanie się królową żebraków i degeneratów przecież było naprawdę ogromne, czyż nie? Musiała nauczyć się podstaw, dobrze, że Ambroise udzielał jej dzisiaj tych lekcji. Szkoda, że pewnie o tym zapomni, cóż może to i lepiej, bo przy okazji wyprze z pamięci sam pomysł zostania ich królową.
- No, kurwa, kurwa, ale chyba to wystarczy, nie? - Mogłaby się wdać w jakieś większe szczegóły, tyle, że nie sądziła, że one by go faktycznie interesowały. Odpowiedziała mu w końcu na to najważniejsze pytanie, nie, psy nie miały pięt, koniec. Ciekawe, czy to do niego w ogóle dotarło. Nie miała pojęcia po co mu były te informacje, ale przypomniało jej to o jej psach, które aktualnie były skazane na Astarotha i Triss, miała nadzieję, że jakoś to przeżyją. Powinna je tutaj ze sobą zabrać, jeśli faktycznie zamierzali spędzić w Piaskownicy więcej czasu. Na pewno polubiłyby to miejsce.
- Jesteś tego strasznie pewien. - Nie, żeby ją to dziwiło. Faktycznie ochujeli, już dawno temu, zdawali sobie z tego sprawę, co było całkiem właściwe, bo przecież dużo gorzej by było gdyby nie mieli tej samoświadomości. To, że nic z tym nie robili to był ich własny wybór, tak dobrze było wierzyć w to, że mieli jakikolwiek wybór.
- Ochujanie to synonim wyjątkowości, co nie? - Wolała upewnić się, że patrzą na to w ten sam sposób, chociaż Roise również podchodził do tego lekko, więc nie powinna mieć żadnych wątpliwości. Nie w tej chwili, teraz wszystko wydawało się być takie proste i lekkie. Było to zgoła odmienne od ich wcześniejszych wspólnych momentów, które spędzili tutaj od powrotu z jaskini.
- Tak, jego starata. - Jakoś nie ubolewała nad tym, że grono jej znajomych mogło się pomniejszyć o jednego osobnika, nie po tym, co jej pokazał, jak się zachował. Nie spodziewała się, że może ją wystawić w podobny sposób, wydawało jej się, że będzie jej sojusznikiem, jak widać nie do końca znała się na ludziach. Powinna się trzymać tych, którzy faktycznie dobrze jej życzyli, tych którzy zawsze byli przy niej. Czasem jednak wybierała prostsze rozwiązania, bo nie do końca chciała się mierzyć z ocenianiem przez tych, na których jej naprawdę zależało. To było łatwiejsze wyjście, przynajmniej praktycznie nikt z jej bliskich nie widział, jak upadała. Wolała uchodzić za silną, chociaż nie zawsze jej się to udawało, ostatnio coraz częściej dawała dupy, zdecydowanie dużo częściej niż by tego chciała.
To przyszło jej naturalnie. Mimo tej niechęci, którą próbowała mu demonstrować, to jeśli pojawiał się jakikolwiek wybór to zawsze by go wybrała. Nikogo nie postawiłaby przed Roisem, to też się nie zmieniło. Nie sądziła, że ktokolwiek byłby w stanie zrozumieć ją tak jak on, nawet jeśli nie odzywali się do siebie przez półtora roku, zawsze będzie miała do niego sentyment i nikt nie będzie w stanie zająć miejsca nad nim w jej hierarchii.
- Tak, to oznacza, że nie można mieć wszystkiego. - Znaczy się ona mogła, była silna, szybka i zwinna, ale nikt inny nie mógł mieć wszystkiego. No jasne, musiała być najlepsza, przynajmniej w tym. Mógł z tym zrobić co chciał, ale na pewno by mu to udowodniła w praktyce. Lubiła mieć rację, zmierzyła go jeszcze przy tym wzrokiem od stóp do głów, jakby w głowie szacowała swoje szanse. No, była pewna, że wygra, ale nie można było lekceważyć przeciwnika. Roise był wysportowany, ale na pewno nie poświęcał, aż tyle czasu treningom co ona. Bardzo chciałaby mu utrzeć nosa na tej płaszczyźnie. - No jasne, nie chce Ci się, to wszystko wyjaśnia. - Łatwy sposób na wykręcenie się od ewentualnej konfrontacji. - Tchóóóórz. - Mruknęła jeszcze cicho pod nosem, bo wiedziała, że to może spowodować, że zmieni zdanie.
- Skarbie, prosisz się o to, abym przywiązała Cię do drzewa i zostawiła tam na całą noc. - Byłaby skłonna to zrobić, aby tylko mu udowodnić, że ma rację. Może nie była niewiadomo jak wybitna z kształtowania, ale, akurat te zaklęcia stosowała dość często, może nie na ludziach, ale ludzie tak naprawdę praktycznie niczym od zwięrząt, przynajmniej w tej kwestii.
- To uderza w moje ego. - Tak, robił to, żeby ją sprowokować i całkiem mu się to udawało, wiedział, że w nią to uderzy, bo przecież od zawsze musiała udowadniać wszystkim na co ją stać. Bardzo chętnie podejmowała wyzwania, aby pokazać, że faktycznie zna się na rzeczy. Nie rzucała słów na wiatr, nie kiedy nie była pewna tego, że może sobie z czymś poradzić. Nie wątpiła w to, że mogłaby sobie poradzić z nim. Może nie w tym stanie, w którym się aktualnie znajdowała, ale gdyby była trzeźwa? Cóż, zakładała, że wszystko poszłoby po jej myśli, chociaż Roise na pewno należałby do trudnych przeciwników, ale przecież nie z takimi sobie dawała radę.
Zresztą to wszystko o czym rozmawiali było tylko głupią prowokacją, dopiekali sobie, humory im dopisywały, było całkiem miło i przyjemnie, wędrowali od jednego banalnego tematu do drugiego z ogromną lekkością, nic chyba nie mogłoby jej w tej chwili popsuć tego błogiego nastroju.
Czy chciała do niego podejść? W sumie sama mu to zaproponowała, więc nie było sensu dalej siedzieć przy tym stole, gdy mogła się znaleźć znacznie bliżej, po co mieli utrzymywać ten sztuczny dystans, który był im aktualnie zupełnie niepotrzebny. Uniosła się więc z krzesła i nieco chwiejnym krokiem ruszyła w stronę mężczyzny. Próbowała iść prosto, jednak nie do końca jej się to udawało. Zdecydowanie była nawalona, może nawet bardziej niż jej się wydawało kiedy siedziała na krześle.
Gdy znalazła się tuż obok niego przystanęła, jako, że mężczyzna spoglądał na zawartość patelni, to oparła się o jego ramiona i wychyliła się zza niego, aby spojrzeć na to, co przygotowywał. - Nie wygląda najgorzej. - Przynajmniej, gdy mrużyła oczy. Zresztą tak naprawdę nie mogła się do końca skupić na tym jedzeniu, ale to też nie było szczególnie ważne. Wolałaby, aby nie przyłapał ją na tym, że nie dość, że plątały jej się nogi, to jeszcze rozmazywał wzrok.