27.01.2023, 20:37 ✶
Ktoś nazwał go przystojnym. Jeszcze kilka chwil temu mógłby przysiąc, że chciałby do końca swojego życia słuchać tylko i wyłącznie takich słów od morskiej piękności, jednak to nie ona je wypowiedziała. Głos nie był tak piękny, efemeryczny, stopiony z morzem jak u syreny. Był twardszy, bardziej męski i przyziemny. Jego ton zaczął powoli sprowadzać Lovegooda z powrotem na ziemię. Chłopak wypluł to, co miał do wyplucia, odetchnął kilkakrotnie i w końcu podniósł głowę, zerknął na swojego ratownika. W oczach miał niedowierzanie: nie było jasne, czy to z powodu tego, że uniknął pewnej śmierci, a może dlatego, że ktoś w porę go wyłowił. A może, bo został bez dziewczyny lub bo usłyszał komplement w niespodziewanym momencie? W głowie mu się mieszało i miał wrażenie, że wszystkie te powody równomiernie potęgowały szok, przez który serce biło mu jak szalone, a ciało dygotało.
- Ja? Przystojny? - lekko zdezorientowany spytał się ze zdziwieniem chłopaka, który przez sam fakt powiedzenia tego tekstu, sprawiał wrażenie obytego z takim zagrożeniem. Opowieść o tym jak wyglądało to zdarzenie z punktu widzenia Julesa pomogła mu ogarnąć, co i jak miało miejsce. Powoli, bardzo powoli docierało do niego, co się wydarzyło. Nie przedstawił jednak jeszcze swojej wersji zdarzeń, gdyż zdania w jego głowie, z powodu wciąż buzujących emocji, nie układały się w sensowną i logiczną całość.
Mung? Theodore sam nie był pewien, czy lekarz jest mu potrzebny. Zerknął w dół i poklepał po kolei klatkę piersiową, brzuch i swoje kończyny, by upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Inspekcja przebiegła bardzo pomyślnie i mógł z czystym sumieniem pokiwać przecząco głową. Nie miał żadnych poważnych zadrapań. Pamiętał, że poczwara miała duże zębiska, ale trzymała je na dystans, czekając na odpowiedni moment, by posilić się swoją ofiarą.
Widok swojego ciała w jednym kawałku był pobudzający, w jego głowie wreszcie zakołatała mocno i wyraźnie myśl, że powinien nie żyć i oddycha tylko dlatego, że został ocalony przez bohaterskiego samarytanina. Chwycił oburącz dłoń swojego wybawcy i ścisnął ją tak mocno, jak tylko niedoszły topielec był w stanie to zrobić. Na jego ustach pojawił się wielkich uśmiech ulgi.
- Jules, uratowałeś mnie, człowieku. Myślałem, że już po mnie. Na Merlina! Jestem żywy, jestem żywy! - powiedział z entuzjazmem, który robił się większy z każdym wypowiedzianym słowem. Aktor złapał ratownika za fraki, a następnie niezależnie od tego, czy usłyszał jakieś słowa sprzeciwu, mocno wyściskał. Co więcej, zaczął mu dziko chichotać z radości do ucha. To nic, że go nie znał, nie kojarzył nawet z Hogwartu. Jules z marszu znalazł się na liście jego ulubionych osób na świecie. Nie mogło być inaczej!
- Ja? Przystojny? - lekko zdezorientowany spytał się ze zdziwieniem chłopaka, który przez sam fakt powiedzenia tego tekstu, sprawiał wrażenie obytego z takim zagrożeniem. Opowieść o tym jak wyglądało to zdarzenie z punktu widzenia Julesa pomogła mu ogarnąć, co i jak miało miejsce. Powoli, bardzo powoli docierało do niego, co się wydarzyło. Nie przedstawił jednak jeszcze swojej wersji zdarzeń, gdyż zdania w jego głowie, z powodu wciąż buzujących emocji, nie układały się w sensowną i logiczną całość.
Mung? Theodore sam nie był pewien, czy lekarz jest mu potrzebny. Zerknął w dół i poklepał po kolei klatkę piersiową, brzuch i swoje kończyny, by upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Inspekcja przebiegła bardzo pomyślnie i mógł z czystym sumieniem pokiwać przecząco głową. Nie miał żadnych poważnych zadrapań. Pamiętał, że poczwara miała duże zębiska, ale trzymała je na dystans, czekając na odpowiedni moment, by posilić się swoją ofiarą.
Widok swojego ciała w jednym kawałku był pobudzający, w jego głowie wreszcie zakołatała mocno i wyraźnie myśl, że powinien nie żyć i oddycha tylko dlatego, że został ocalony przez bohaterskiego samarytanina. Chwycił oburącz dłoń swojego wybawcy i ścisnął ją tak mocno, jak tylko niedoszły topielec był w stanie to zrobić. Na jego ustach pojawił się wielkich uśmiech ulgi.
- Jules, uratowałeś mnie, człowieku. Myślałem, że już po mnie. Na Merlina! Jestem żywy, jestem żywy! - powiedział z entuzjazmem, który robił się większy z każdym wypowiedzianym słowem. Aktor złapał ratownika za fraki, a następnie niezależnie od tego, czy usłyszał jakieś słowa sprzeciwu, mocno wyściskał. Co więcej, zaczął mu dziko chichotać z radości do ucha. To nic, że go nie znał, nie kojarzył nawet z Hogwartu. Jules z marszu znalazł się na liście jego ulubionych osób na świecie. Nie mogło być inaczej!