Najwyraźniej mieli sobie tego nie odpuszczać razem, to też nie była dla tej dwójki żadna nowość. Jak się na coś usrali... to nie ma zmiłuj. Pozostawało poczekać i sprawdzić, które miało silniejszą wolę walki, albo które było bardziej trzeźwe. W dzisiejszym wydaniu chyba ta druga część była najważniejsza. Miał nad nią przewagę w postaci mocnej głowy - tutaj nie zamierzała się z nim spierać. Potrafiła osądzić sytuację, ale nie było szans na to, aby pokonał ją w biegu, nie kiedy działoby się to zupełnie na trzeźwo. Najebanie nie ułatwiało poruszania się, ale przecież zdarzyło jej się polować po kilku głębszych i zawsze jakoś udawało jej się to przeżyć i złapać cel. Ambroise był duży, większy od niektórych okazów na które polowała, także to nie mogło być wcale takie trudne. Nie zapominała o tym, że kiedyś, w przszłości zajmował się sportem, pamiętała o tym.
Miała wątpliwą przyjemność spotkać go kiedyś w Hogwarcie, chociaż wtedy jeszcze nie do końca wiedziała z kim ma doczynienia, akurat zakończył swoją karierę sportową, zresztą ledwo to zrobił, to ona weszła do drużyny. Właściwie to nawet trochę żałowała, że mieli szansy mierzyć się ze sobą wtedy - to dopiero mogło być interesujące starcie, zważając na to, że w tamtym okresie Yaxleyówna nie miała żadnych hamulców, była jeszcze bardziej butna i zadziorna. Nie, żeby upływający czas zabrał jej to wszystko, ale aktualnie, czasami potrafiła się powstrzymać przed podejmowaniem nierozsądnych decyzji. Wtedy stać ją było na wszystko, nie bała się żadnych starć, czy konkurencji, miała o sobie bardzo wysokie mniemanie.
Teraz zdarzało jej się podchodzić do podobnych spraw z rozsądkiem, miała świadomość, że istniały osoby, które mogły być od niej nieco lepsze w niektórych dziedzinach, ale w tym przypadku w ogóle nie brała tego pod uwagę.
Miała zamiar udowodnić Roisowi, że się mylił, bardzo chciała przywiązać go to tego drzewa w ogrodzie, położyć mu na głowie jabłko i strzelić w niego z kuszy. Nie miała pojęcia, czy znajdzie tu jakąś, chociaż chyba nie zdążyła zabrać z Piaskownicy całego swojego arsenału broni. O ile los będzie jej sprzyjał, to jeszcze dzisiaj spełni się jej marzenie. W sumie to nie potrzebowała jego pomocy, bo przecież była świadoma swoich, wspaniałych umiejętności - sama była sobie w stanie z tym poradzić.
Miała w nosie to, że cała ta sytuacja, bieganie po domu, odbijanie się od ścian i skakanie po meblach mogło się wydawać dosyć gówniarskim zachowaniem, pewnie mało kto był w stanie zrozumieć to, jak wiele zależało od tej zabawy w berka. To była niemalże walka na śmierć i życie.
Przy Roisie nie musiała się obawiać oceniania, akceptował ją taką, jaka była, zresztą wtórował Geraldine w tych durnych pomysłach, byli siebie warci. Może poza tym domem zgrywali specjalistów w swoich dziedzinach, jednak to co działo się w nim - było ich słodką tajemnicą. Może to i lepiej, kto wie, jak spoglądaliby na nich ludzie, gdyby wiedzieli, co ta dwójka robi w swoim, własnym domu.
- Tylko dlatego, że jestem najebana! Nie przyzwyczajaj się do tego! - To była dobra wymówka, nie miała zamiaru oświadczyć mu teraz, że był całkiem sprytny, bo mogło to go tylko uskrzydlić i spowodować, że Yaxleyówna nie będzie mogła go złapać, kiedy już zacznie dolatywać do sufitu.
Nie poddawała się, nie miała tego w zwyczaju. Sarknęła jedynie pod nosem, gdy jej dłoń złapała powietrze, bo spodziewała się raczej, że uda się jej go chociaż na chwilę powstrzymać, jednak ten manewr nie miał żadnego sensu, bo mężczyzna znajdował się już po drugiej stronie kanapy.
Źle wymierzyła odległość i zahaczyła nogą o brzeg mebla, przez co nie udało jej się rzucić na Roisa. Warkneła pod nosem zirytowana, że kolejny raz jej plan się nie powiódł. Musiała się skupić (co wcale nie było takie łatwe). Zaczynała się irytować, bo nic nie szło po jej myśli, a że lont miała dosyć krótki, to wiadomo jak się mogło to skończyć - zupełnym rozproszeniem materiału.
Zmierzyła wzrokiem otoczenie, gdy znalazła się za kanapą pojawiło się bowiem wokół niej dużo przeszkód, które mogły utrudnić jej wszystkie, najbliższe manewry.
Gdy zobaczyła ten gest... Cóż, nie myślała zbyt wiele. Sięgnęła po poduszkę, która znajdowała się na kanapie i rzuciła nią w Ambroisa, aby zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy. Jeszcze pożałuje tego, że postanowił się z nią zmierzyć. Trafiła do celu, czy nie - nie mogła dłużej stać w miejscu.
Nie zastanawiała się szczególnie długo, nie mogła sobie pozwolić na to, aby biec w jego kierunku naokoło. Postanowiła więc powtórzyć wcześniejszy manewr - wybić się mocno i pofrunąć na niego, tak aby się przewrócił.
- rzucam na afSukces!
Sukces!