15.01.2025, 10:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.01.2025, 10:18 przez Charlotte Kelly.)
20 grudnia
Charlotte nigdy nie była największą wielbicielką Yule (wszyscy udawali wtedy takich miłych i pogodnych, i przyjaźnie nastawionych do świata, chociaż wcale tacy nie byli, robiąc jej konkurencję w udawaniu miłej, pogodnej i przyjaźnie nastawionej do świata, chociaż wcale taka nie była), ale nie miała też podejścia bohatera Opowieści wigilijnej, potrzebującego trzech duchów, aby poczuć magię świat (i ogólnie nawrócić się na właściwą stronę mocy). Od śmierci męża jednak straciła wszelką sympatię do świątecznych obchodów i nawet jeżeli już dawno przywykła do pustego miejsca przy stole, jakoś wszelkie resztki yulowej magii pierzchły dla niej bezpowrotnie.
Sumiennie kupowała jednak każdego roku prezenty dla dzieci, Morpheusa, Anthony’ego i Jonathana, starając się wybrać coś, co zmieści się w jej budżecie i ich ucieszy, wybierała drobniutkie podarunki dla osób, których nie lubiła, ale przed którymi udawała, że jest inaczej, ubierała w domu choinkę i dbała o to, aby na yulowym stole pojawił się płonący pudding i pieczony indyk. Zawieszała w domu jemiołę. W Ministerstwie Magii promieniowała wręcz tą pogodą i miłością do świata, żeby w salach wspólnych nie dać się nikomu prześcignąć, a w Departamencie Tajemnic nieodmiennie wprawiając współpracowników w konsternację (i czerpiąc z tego po cichu odrobinę satysfakcji). Ogólnie rzecz biorąc dopełniała wszystkich tych świątecznych rytuałów.
Idąc ku swojemu mieszkaniu przy Horyzontalnej Charlotte przystanęła więc przy choince, aby dopełnić jeszcze jednego rytuału.
Bombka nad jej dłońmi przyjęła kształt płomienia – Charlotte miała po prostu słabość do ognia, co mogło mieć coś wspólnego z rodziną matki, nawet jeżeli do tejże rodziny Charlie pałała ogromną niechęcią. Wzniosła się i zapłonęła pośród gałęzi, jasna, ale nieszkodliwa i nie parząca.
A życzenie?
Życzyła sobie przede wszystkim, aby jej dzieci osiągały sukcesy tam, gdzie tego zapragną, ale bardzo ucieszyłaby się, gdyby Morpheus, Anthony i Jonathan zdołali poukładać sobie życie osobiste tak, żeby byli faktycznie z niego zadowoleni.
Jeśli chodziło o to, czego mogła życzyć sobie sama, to była to oczywiście nowa, ładna, zaczarowana sukienka. Bo przecież Charlotte uważała się za tak wspaniałą, że poza rzeczami materialnymi po co miałaby życzyć sobie czegoś więcej…
Charlotte nigdy nie była największą wielbicielką Yule (wszyscy udawali wtedy takich miłych i pogodnych, i przyjaźnie nastawionych do świata, chociaż wcale tacy nie byli, robiąc jej konkurencję w udawaniu miłej, pogodnej i przyjaźnie nastawionej do świata, chociaż wcale taka nie była), ale nie miała też podejścia bohatera Opowieści wigilijnej, potrzebującego trzech duchów, aby poczuć magię świat (i ogólnie nawrócić się na właściwą stronę mocy). Od śmierci męża jednak straciła wszelką sympatię do świątecznych obchodów i nawet jeżeli już dawno przywykła do pustego miejsca przy stole, jakoś wszelkie resztki yulowej magii pierzchły dla niej bezpowrotnie.
Sumiennie kupowała jednak każdego roku prezenty dla dzieci, Morpheusa, Anthony’ego i Jonathana, starając się wybrać coś, co zmieści się w jej budżecie i ich ucieszy, wybierała drobniutkie podarunki dla osób, których nie lubiła, ale przed którymi udawała, że jest inaczej, ubierała w domu choinkę i dbała o to, aby na yulowym stole pojawił się płonący pudding i pieczony indyk. Zawieszała w domu jemiołę. W Ministerstwie Magii promieniowała wręcz tą pogodą i miłością do świata, żeby w salach wspólnych nie dać się nikomu prześcignąć, a w Departamencie Tajemnic nieodmiennie wprawiając współpracowników w konsternację (i czerpiąc z tego po cichu odrobinę satysfakcji). Ogólnie rzecz biorąc dopełniała wszystkich tych świątecznych rytuałów.
Idąc ku swojemu mieszkaniu przy Horyzontalnej Charlotte przystanęła więc przy choince, aby dopełnić jeszcze jednego rytuału.
Bombka nad jej dłońmi przyjęła kształt płomienia – Charlotte miała po prostu słabość do ognia, co mogło mieć coś wspólnego z rodziną matki, nawet jeżeli do tejże rodziny Charlie pałała ogromną niechęcią. Wzniosła się i zapłonęła pośród gałęzi, jasna, ale nieszkodliwa i nie parząca.
A życzenie?
Życzyła sobie przede wszystkim, aby jej dzieci osiągały sukcesy tam, gdzie tego zapragną, ale bardzo ucieszyłaby się, gdyby Morpheus, Anthony i Jonathan zdołali poukładać sobie życie osobiste tak, żeby byli faktycznie z niego zadowoleni.
Jeśli chodziło o to, czego mogła życzyć sobie sama, to była to oczywiście nowa, ładna, zaczarowana sukienka. Bo przecież Charlotte uważała się za tak wspaniałą, że poza rzeczami materialnymi po co miałaby życzyć sobie czegoś więcej…
Postać opuszcza sesję