Nie miała pojęcia, że jej słowa mogą uderzyć właśnie w niego. Raczej rzucała to czysto teoretycznie, opowiadając o tym, jak widziała świat przez swój pryzmat, chociaż może to nie padło z jej ust, ale mógł się tego domyślić, że Figgówna bazuje na własnym doświadczeniu. To było niemalże oczywiste.
Nigdy nie wspominała nikomu o ojcu Mabel, nie uważała, żeby to było ważne, skoro zadecydowała o tym, że to ona weźmie na siebie odpowiedzialność za błędy młodości. Może wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby te siedem lat wcześniej wspomniała samemu zainteresowanemu o tym, że będzie miał córkę, ale nie chciała sprawiać komukolwiek problemu. Tym bardziej, że postanowił ją zostawić przed tym, jak dowiedziała się o tym, że zostanie matką. Nie do końca chciała wracać i prosić o to, aby do niej wrócił, bo to nie byłoby prawdziwe, zostałby przy niej przez przymus, nagłą odpowiedzialność, a ona nie wyobrażała sobie, żeby ktoś miał utknąć z nią tylko dlatego, że przypadkiem pojawił się dzieciak. Wybrała opcję, która wydawała jej się najodpowiedniejsza, nie powiedziała nikomu ani słowa na temat personaliów tego mężczyzny, tak było prościej. Mógł sobie robić to na co miał ochotę i nie musiał się przejmować ani nią, ani dzieckiem. Czyż to nie było dla niego wygodniejsze, ułatwiła mu to - bo podjęła tę decyzję za niego. Taka była wspaniałomyślna. Czasem tego żałowała, zastanawiała się, jakby wyglądało jej życie, gdyby postąpiła inaczej, ale nigdy się tego nie dowie, nie było szans, żeby mogła to sprawdzić. Właściwie to nie czuła, żeby na tym wszystkim wiele straciła. Jasne, jej życie nie należało do najlższejszych, ale to, co udało jej się osiągnąć to było naprawdę wiele. Nie brakowało jej wdzięczności za to, że jakoś zawsze wszystko się jej układało, może nie do końca według planu, jaki miała na samym początku, ale nie było tak źle, jak się mogło wydawać.
- Szkoda, bo to zmarnowany potencjał, ale chyba musimy się z tym pogodzic. - Każdy miał wybór, prawda? No prawie każdy. Nie zamierzała namawiać go do zmiany tych decyzji, bo nie czuła się specjalistką w podobnych dziedzinach. Dobrze, że Ambroise był samoświadomy i wiedział, czego chce od życia. Najważniejsze, aby podążał za tym, co czuł. To było właściwe.
- Niestety muszę się zgodzić, chociaż to przykre. - Wiedziała, jak wyglądało to w wielu przypadkach. Kobiety, nawet jeśli tkwiły w małżeństwach często same musiały sobie radzić z dzieciakami. Ojcowie byli zapracowani, albo takich udawali, nie poświęcali potomstwu zbyt wiele czasu, bo nie do końca ich to interesowało. Zresztą, czy aktualnie cokolwiek wyglądało właściwie? W tym momencie, kiedy trwała wojna trudno było wychowywać kolejne pokolenia. Samej Figgównie towarzyszył ciągły strach o to, że coś może się wydarzyć, że Mabel stanie się krzywda, nie życzyła by tego aktualnie nikomu, więc może właściwie prościej było się wstrzymać z ewentualnym rozmnażaniem, albo w ogóle do niego nie dopuszczać, bo kto wiedział ile będzie to trwało.
- Nigdy nie powinno jej zabraknąć. - Nie wyobrażała sobie tego, że nagle przestaliby wierzyć w to, że kiedyś osiągną sukces, że kiedyś coś się zmieni. Czasem wydawało jej się, że rzucają się z motyką na słońce, ale jakoś sobie z tym wszystkim radzili, jakoś udawało im się pomagać tym, którzy tego potrzebowali. Póki co nikt z jej najbliższych nie poniósł żadnych strat, więc nie było sensu myśleć o tym, co by było gdyby. Lepiej skupiać się na tym co dobrego zrobili. Wspierali poszkodowanych przez śmierciożerców, starali się powodować, aby mugolacy odnosili jak najmniejsze straty, a kiedyś może uda im się pokonać Voldemorta. Może nie jej, bo ona przecież była tylko wsparciem techniczym, ale na pewno w ich gronie znajdzie się ktoś, kto będzie na tyle potężny, aby to zrobić. Jej przyjaciele byli przecież silni, wyszkoleni, na pewno, któreś z nich w pewnym momencie będzie w stanie zakończyć tę wojnę.
Nie miała wobec tego zbyt wielkich oczekiwań, po prostu chciałaby świętego spokoju. Każdy miał przecież prawo do tego, aby żyć. Mugolacy nie wybierali tego, że zostawali czarodziejami. To działo się samoistnie, nie mieli na to wpływu, dlaczego więc tamci tak usilnie próbowali im udowodnić, że nie mają prawa należeć do magicznego świata? Jakaś siła wyższa ich wybrała, postanowiła, że to właśnie oni mają zostać czarodziejami, nic nie działo się bez przyczyny. Zupełnie bezsensowne było mszczenie się na tych ludziach za to, że próbowali jakoś odnaleźć się w tym nowym dla nich świecie.
Sama Figgówna nie należała do elity, ale nigdy jej to nie przeszkadzało, zresztą czarodzieje półkrwi też nie byli jakoś specjalnie szykanowani, wiadomo nie byli tą najważniejszą częścią społeczeństwa czarodziejskiego, ale to nigdy nie było dla niej istotne. Norka wiedziała, gdzie jest jej miejsce, miała świadomość na co może sobie pozwolić.
Nie wydawało się jej też, żeby była gorzej traktowana przez swoje pochodzenie. Miała przyjaciół zarówno wśród czystokrwistych jak i mugolaków, takim, którym faktycznie mogła zaufać, czy nie prościej po prostu byłoby spoglądać na nich wszystkich jak na ludzi? Zdaniem Figgówny bez sensu było patrzeć przez pryzmat krwi, której przecież nawet nie było widać.
- To też jest całkiem ciekawe pole do manewru, ale nie wiem, czy potrzebuję dodatkowej reklamy, chyba już wystarczy. Nie mam nikogo do pomocy z wypiekami, a sama niedługo przestanę dawać radę. - Miała pracowników, którzy się sprawdzili, tak, dzięki czemu nie musiała ogarniać wszystkiego i obsługiwać każdego klienta, tyle, że pojawiał się problem, gdy szukała kogoś, kto mógłby być drugą nią. Nie udało jej się znaleźć drugiego cukiernika, albo kogoś, kto chciałby się u niej doszkolić. Nie znalazła osoby, która miałaby dar podobny do niej, a szkoda, chętnie wzięłaby kogoś pod swoje skrzydła i pokazała mu swoje tajemnice. Wiele by dała, żeby znalazł się ktoś, kto mógłby ją nieco odciążyć. Pewnie powinna pomyśleć o tym przed otwarciem cukierni, ale nie spodziewała się, aż takiego sukcesu, nie zakładała, że wszystko się tka ułoży.
- Nie ma sensu, szczególnie gdy się nie ma siły. - No, fizycznej może nie miała, nie wątpiła w to, że była silna w inny sposób, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Wiele razy udowodniła, że jest w stanie sobie poradzić z każdym niepowodzeniem, które los rzucał jej pod nogi, dzięki temu stawała się coraz silniejsza i bardziej doświadczona. Jak na swój wiek naprawdę mocno stąpała po ziemi.
- Tak, to by było najbardziej doskonałym planem, pewnie spróbuję ugryźć to w ten sposób. - Ambroise miał rację, najlepiej jakby Thomas sam wpadł na to, że wypadałoby nieco odświeżyć jen sufit, pewnie jutro się tym zajmie, żeby jakoś go ku temu nakierować.
- Czy takie rozporwadzanie towaru jest w ogóle legalne? - Zmrużyła oczy upijając przy tym spory łyk swojego przepysznego, słodkiego ulepu. Zachowywała się co najmniej tak, jakby Roise miał sprzedawać w jej imieniu jakieś narkotyki, ale wolała, aby wszystko było zrobione tak, jak trzeba. Nie chciała mieć żadnych problemów z prawem, czy coś, kto wie, kiedy skarbówka zapuka do jej drzwi.
Skończyła pierwszą szklankę tego jakże wspaniałego drinka, więc sięgnęła po dzbanek i dolała sobie wiecej. Czuła, że w środku robi jej się milusio, przyjemnie i ciepło, oczywiście wiedziała, że alkohol to powodował. Oczy robiły się jej szklane, a usta mimowolnie się uśmiechały. Ten dzień jednak mógł się zakończyć dobrze.
Uniosła szklankę w górę, aby zawtórować mężczyźnie w tym toaście. - Ambroise, Ty naprawdę nie lubisz kotów, co? - Wróciła do jednego z podstawowych tematów. Nie mogła uwierzyć bowiem, że to co mówił było szczere, no bo jak ktoś mógł nie lubić kotów?