16.01.2025, 00:34 ✶
Nawet jeśli jakieś dziesięć minut temu myślała o tym, co chciałaby zjeść na obiad, w obliczu tego czegoś, co Charles koniecznie musiał jej wyznać, zupełnie zapomniała o głodzie. Wszelkie potrzeby fizjologiczne zeszły na drugi plan, za sprawą nagłej potrzeby zmierzenia się z demonem wiedzy. Scylla zwykle wolała nie wiedzieć, bo niewiedza była błogosławieństwem. Jako posiadaczka trzeciego oka była przekonana o tym aż nadto.
- Wytrzymam nawet do jutra, nie martw się - zapewniła, chyba już tylko po to, żeby go uspokoić, bo musiałaby być zupełnie ślepa, żeby nie dostrzec jego starań. Chciała wierzyć, że rodzą się z dobrych, życzliwych intencji, ale dopóki nie znajdą się w jego mieszkaniu i nie porozmawiają, nie miała prawa wiedzieć. Wyglądała więc trochę jak postrzelona łania, kiedy jedną ręką przytulała do siebie kwiatki, a drugą neurotycznie ciągnęła Charlesa w górę schodów. Uśmiechnęła się jeszcze przelotnie, spoglądając poprzez ramię na Mulcibera, słysząc komplement na temat łaciny. Nie widziała w tym nic wspaniałego, po prostu jeśli coś poznawała, lubiła robić to dogłębnie.
Przebierała nogami w miejscu, czekając aż drzwi się uchylą. Oddech też miała nieco cięższy, gdy w końcu przystanęła po gwałtownym przyspieszeniu tempa. Była chucherkiem, nie nawykła do takiego pośpiechu, ale nie wyglądała na przejętą własnym stanem. Miała cel.
- Dobrze - zaczęła, przekraczając próg mieszkania. Nawet nie wyszła z przedpokoju, po prostu obróciła się przodem do Charlesa i spojrzała na niego swoimi wielkimi oczyma, ewidentnie wyczekująco. - Jesteśmy u ciebie w domu. Więc co bardzo, bardzo ważnego masz mi do powiedzenia? - Zapytała, chyba nie planując się stąd ruszyć, dopóki nie pozna odpowiedzi. Powiedział przecież, że porozmawiają u niego i byli u niego. Warunki zostały spełnione.
- Wytrzymam nawet do jutra, nie martw się - zapewniła, chyba już tylko po to, żeby go uspokoić, bo musiałaby być zupełnie ślepa, żeby nie dostrzec jego starań. Chciała wierzyć, że rodzą się z dobrych, życzliwych intencji, ale dopóki nie znajdą się w jego mieszkaniu i nie porozmawiają, nie miała prawa wiedzieć. Wyglądała więc trochę jak postrzelona łania, kiedy jedną ręką przytulała do siebie kwiatki, a drugą neurotycznie ciągnęła Charlesa w górę schodów. Uśmiechnęła się jeszcze przelotnie, spoglądając poprzez ramię na Mulcibera, słysząc komplement na temat łaciny. Nie widziała w tym nic wspaniałego, po prostu jeśli coś poznawała, lubiła robić to dogłębnie.
Przebierała nogami w miejscu, czekając aż drzwi się uchylą. Oddech też miała nieco cięższy, gdy w końcu przystanęła po gwałtownym przyspieszeniu tempa. Była chucherkiem, nie nawykła do takiego pośpiechu, ale nie wyglądała na przejętą własnym stanem. Miała cel.
- Dobrze - zaczęła, przekraczając próg mieszkania. Nawet nie wyszła z przedpokoju, po prostu obróciła się przodem do Charlesa i spojrzała na niego swoimi wielkimi oczyma, ewidentnie wyczekująco. - Jesteśmy u ciebie w domu. Więc co bardzo, bardzo ważnego masz mi do powiedzenia? - Zapytała, chyba nie planując się stąd ruszyć, dopóki nie pozna odpowiedzi. Powiedział przecież, że porozmawiają u niego i byli u niego. Warunki zostały spełnione.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga