16.01.2025, 09:34 ✶
Stanley był naprawdę okropnym człowiekiem – zamiast rzucać inwektywy głośno i wyraźnie, żeby mogła zapisać je sobie w dzienniczku i potem czytać do poduszki, obrażał ją na tyle cicho, że nie miała szans usłyszeć. Niestety, skupiała się w tej chwili na panu Brunonie oraz na, cóż, braku pani Brunonowej, nigdy więc nie miała dowiedzieć się, co takiego powiedział pod nosem.
– Gdzie jest pańska żona, panie Brunonie? – zapytała jeszcze, głośno i wyraźnie, gdy wchodziła do środka, z zaklęciem tarczy. Niepokoiło ją to: sąsiedzi słyszeli odgłosy kłótni, wspominali, że czasem tłukł partnerkę, a teraz mieli tu szaleńca i… no nikt poza nim się nie odzywał.
Yatatatatata?
Ewidentnie należało jak najszybciej przetransportować go do Lecznicy Dusz…
Nie planowała pokazów akrobatycznych. Szermierki też nie, nie miała pod ręką miecza, poza tym ten był zwykle jednak mniej skuteczny od różdżki, gdy twoim zadaniem było opanowanie oszalałego cukiernika, któremu cukier chyba uderzył do głowy. Cokolwiek jednak miała w planach, nie miało to wielkiego znaczenia – pan Brunon bowiem rzucił zaklęcie, którego nie powstydziłby się sam Albus Dumbledore. Siła uderzeniowa przeszła przez pomieszczenie, roztrącając meble, wyrzuciła też w powietrze dziesiątki ciastek, które leżały zapomniane dotąd w opakowaniu, pewnie nieodebrane przez jakiegoś klienta przed Yule, a potem z całą mocą walnęła w Brygadzistkę.
Tarcza Brenny wprawdzie owszem, zadziałała, ale czar, który przeszedł przez pomieszczenie, był zbyt silny, aby ta bariera wystarczyła. Tarcza Stanleya nie zadziałała, i chociaż Brenna na tym etapie jeszcze nie zdawała sobie sprawy z oczywistej prawdy, czyli że wszystko co złe, to po części wina Stanleya, i rzadko obwiniała o coś innych, już wkrótce miała zrozumieć, że n a p e w n o zrobił to specjalnie.
Brenna uderzyła o ścianę – i miała szczęście, że tę tarczę wcześniej postawiła, bo bez niej pewnie zostałaby z miejsca pozbawiona przytomności. W stronę Stanleya poleciało zahaczone mocą zaklęcia krzesło (a także dwa ciastka z marmoladą).
– Szlag – podsumowała Brenna, gdy opadła na podłogę, wciąż trochę oszołomiona i niepewna, czy wszystkie jej kończyny są całe i niepołamane. O głowę nie było co się martwić, upadła na nią w ciągu całego życia zapewne już tyle razy, że szkody były nieodwracalne, już wyrządzone i kolejne uderzenie niewiele zmieniało… chyba.
Wciąż z poziomu posadzki, by nie tracić czasu na wstawanie i nie dać panu Brunonowi okazji na kolejną sztuczkę, wycelowała w niego – próbując mężczyznę rozbroić, wytrącając mu różdżkę z ręki.
(kształtowanie, wytworzenie ciśnienia, które ma wytrącić różdżkę, rzucam z IV, bo to retro)
– Gdzie jest pańska żona, panie Brunonie? – zapytała jeszcze, głośno i wyraźnie, gdy wchodziła do środka, z zaklęciem tarczy. Niepokoiło ją to: sąsiedzi słyszeli odgłosy kłótni, wspominali, że czasem tłukł partnerkę, a teraz mieli tu szaleńca i… no nikt poza nim się nie odzywał.
Yatatatatata?
Ewidentnie należało jak najszybciej przetransportować go do Lecznicy Dusz…
Nie planowała pokazów akrobatycznych. Szermierki też nie, nie miała pod ręką miecza, poza tym ten był zwykle jednak mniej skuteczny od różdżki, gdy twoim zadaniem było opanowanie oszalałego cukiernika, któremu cukier chyba uderzył do głowy. Cokolwiek jednak miała w planach, nie miało to wielkiego znaczenia – pan Brunon bowiem rzucił zaklęcie, którego nie powstydziłby się sam Albus Dumbledore. Siła uderzeniowa przeszła przez pomieszczenie, roztrącając meble, wyrzuciła też w powietrze dziesiątki ciastek, które leżały zapomniane dotąd w opakowaniu, pewnie nieodebrane przez jakiegoś klienta przed Yule, a potem z całą mocą walnęła w Brygadzistkę.
Tarcza Brenny wprawdzie owszem, zadziałała, ale czar, który przeszedł przez pomieszczenie, był zbyt silny, aby ta bariera wystarczyła. Tarcza Stanleya nie zadziałała, i chociaż Brenna na tym etapie jeszcze nie zdawała sobie sprawy z oczywistej prawdy, czyli że wszystko co złe, to po części wina Stanleya, i rzadko obwiniała o coś innych, już wkrótce miała zrozumieć, że n a p e w n o zrobił to specjalnie.
Brenna uderzyła o ścianę – i miała szczęście, że tę tarczę wcześniej postawiła, bo bez niej pewnie zostałaby z miejsca pozbawiona przytomności. W stronę Stanleya poleciało zahaczone mocą zaklęcia krzesło (a także dwa ciastka z marmoladą).
– Szlag – podsumowała Brenna, gdy opadła na podłogę, wciąż trochę oszołomiona i niepewna, czy wszystkie jej kończyny są całe i niepołamane. O głowę nie było co się martwić, upadła na nią w ciągu całego życia zapewne już tyle razy, że szkody były nieodwracalne, już wyrządzone i kolejne uderzenie niewiele zmieniało… chyba.
Wciąż z poziomu posadzki, by nie tracić czasu na wstawanie i nie dać panu Brunonowi okazji na kolejną sztuczkę, wycelowała w niego – próbując mężczyznę rozbroić, wytrącając mu różdżkę z ręki.
(kształtowanie, wytworzenie ciśnienia, które ma wytrącić różdżkę, rzucam z IV, bo to retro)
Rzut PO 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 89
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.