Nora nie do końca nadążała za tym, co działo się podczas spotkania. Każdy miał do powiedzenia mniej lubi więcej, każdy uważał, że jego opinia była najważniejsza. Będzie musiała przetrawić to wszystko, co usłyszała, żeby znaleźć jakiś złoty środek, żeby spróbować określić swoją własną opinię, bo póki co chyba nie była w stanie tego zrobić. Zbyt wiele słów padło, żeby mogła od razu określi, co o tym wszystkim myśli.
- Tak, nie wiem, jak można zachować zdrowy rozsądek, gdy każdy ma coś do powiedzenia i każdy zupełnie inne zdanie. Powinniśmy to wszystko przegadać na spokojnie, albo po pijaku, po pijaku dochodzi się przecież do najlepszych wniosków. - Czasem też do bójek, gdy dyskusje robiły się nazbyt zaognione, ale kto by się tym przejmował. Danie sobie po twarzy raz, czy dwa mogłoby nieco uspokoić towarzystwo.
Sięgnęła do paczki papierosów, którą Erik przysunął w jej stronę, wyciągnęła z niej jedną fajkę i wsadziła ją sobie do ust. To było wyjątkowe, bo Nora naprawdę bardzo rzadko sięgała po papierosy, ale teraz musiała jakoś odreagować to, co się przed chwilą wydarzyło, to wydało jej się najprostszą metodą.
- Wiem, bo wydaje mi się, że ja też. - Ona i Erik byli chyba najmniej zaangażowani w ten spór, który się pojawił. Sama Figg zresztą nie czuła się na tyle upoważniona, aby mogła opinować na temat tego, czy komuś można było zaufać. Nie mogli nigdy być tego pewni w stu procentach.
- Myślę, że nikt się nie spodziewał. Najgorsze jest to, że póki co nie widać końca i mam wrażenie, że będzie tylko gorzej, bo oni dopiero pokazują na co ich stać. - Śmierciożercy przestali mieć jakiekolwiek granice, zaatakowali podczas Beltane, sabat - miejsce, gdzie było pełno różnych czarodziejów, tych czystokrwistych też. Najwyraźniej mieli już głęboko to, o co walczyli, bo przecież zginęli tam różni ludzie. Ci, którzy ich zdaniem mogli mieć prawo, aby żyć w magicznym świecie, jak i co, których chcieli się pozbyć.
- Tak, potrzebujemy ludzi, bo oni również rosną w siłę, nie poradzimy sobie bez dodatkowych różdżek, tylko skąd możemy wiedzieć, komu tak naprawdę powinniśmy ufać? Sam wiesz, jak jest. My wszyscy znamy się od lat, wiemy, że możemy na siebie liczyć. - Może nie ze wszystkimi była na równie bliskiej stopie, jednak Zakon przecież został założony bardziej jako grupa przyjaciół, znajomi, ich bliscy znajomi, osoby, które faktycznie mogli darzyć zaufaniem. Co jeśli wkradłby się do nich ktoś, kto by ich zdradził, kto wybrałby rodzinę, czy jeszcze kogoś innego? Co wtedy? Czy byli gotowi na to, aby stracić życie przez takie decyzje?
- Tak, dwa lata temu nie wydawało mi się, że może zrobić się, aż tak strasznie. - Śmierciożercy najwyraźniej przestali mieć jakiekolwiek opory przed tym, co robili.
- Jak ja się z tym czuję? - Co ona mogła mu teraz powiedzieć. Zawsze było jej głupio, że nie miała odpowiedniego przeszkolenia, że nie mogła im aktywnie pomagać, walczyć z nimi ramię w ramię na froncie. - Źle, jest mi cholernie trudno z tym, że jedyne co mogę robić to przygotowywać dla was eliksiry, że tak naprawdę do niczego więcej nie jestem przydatna. - Chyba jeszcze z nikim nie dzieliła się tym wprost. Jasne, czasem przynosiła pączki, zioła, kadzidła, wszystko co mogło podnieść morale, ale nie wydawało jej się, aby jej przynależność do Zakonu była równa z całą resztą, ona trzymała się najbardziej z boku ich aktywności.
- Jestem i wiem, że ludzie się boją, nikt nie wie, co może przynieść jutro, ale na to chyba nie możemy nic poradzić. - Bo właściwie w jaki sposób mieliby ich uspokoić?