Mimowolnie kącik ust drgnął jej w uśmiechu. Wiedziała, ile go to kosztowało, Ambroise nie miał w zwyczaju rzucać podobnych słów na wiatr, rzadko kiedy stawiał kogoś za samym sobą, w jej przypadku zawsze wyglądało to inaczej. Dostrzegał w niej coś więcej, coś, czego nikt inny nie był w stanie zobaczyć, zresztą patrzył też na nią tak, jakby nikt inny nie istniał. Znowu to robił, chociaż nie powinien, to nie było wskazane, nie w sytuacji w jakiej się znaleźli. - Nie musisz mi o tym przypominać, wiem jak to wygląda. - Bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, iż Roise należał do osób, które były bardzo mocno przekonane o swojej własnej wartości, w sumie to nawet czasami mu nieco tego zazdrościła, bo ona mimo tego, że była też mocno pewna siebie, to nie potrafiła tego robić, aż w taki sposób. To, że postawił ją przed sobą, cóż, to też na pewno było wyjątkowe.
- Nie ma szans, to będzie naszą tajemnicą. - To, co działo się w Whitby miało pozostać w Whitby, przynajmniej tak się jej wydawało, szczególnie, że gdy rozmawiali o przyszłości poza murami tego domu raczej w niej siebie nie widzieli, nie razem. Starała się to zaakceptować, zresztą co innego miała zrobić, walić głową w mur, który Roise próbował wokół siebie wybudować? Nie teraz, teraz zachowywał się zupełnie inaczej, ale nie sądziła, że to miało znaczenie w dłuższej mierze. Kiedyś opuszczą Piaskownicę, rozejdą się każde w swoją stronę i przestaną być dla siebie kimś. Ten czas zbliżał się nieuchronnie, nie mogli trwać tu w zawieszeniu nieskoniecznie.
Jakimś cudem udawało im się trzymać od siebie z daleka, wcześniej, nim jej życie faktycznie się popierdoliło. Wcześniej było skomplikowane, ale nie tak bardzo, ale gdy zjebało się najbardziej to znalazł się przy niej, zupełnym przypadkiem i krążył wokół Geraldine, zaangażował się w jej bagno, chociaż go o to nie prosiła. Przez ten rok widzieli się tak naprawdę tylko raz - na urodzinach Fabiana. Obawiała się tego spotkania, jednak wiedziała, że nie mogła sobie pozwolić na to, żeby tam pęknąć. Musiała trzymać fason, jakoś radzić sobie z emocjami, które ją wypełniały. To nie o nią wtedy chodziło, a ich chrześniaka, który miał dostawać od życia to co najlepsze, szczególnie, że mimo młodego wieku spotkało go naprawdę wiele złego. Yaxleyówna pojawiała się u Lestrange'ów w wolnym czasie, czuła, że jest to dłużna Amandzie. Jakimś cudem udało jej się mijać z Roisem, nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale nigdy nie trafiła na jego osobę, kiedy przychodziła w odwiedziny. Zresztą nie zastanawiała się też za bardzo, jak on i Cornelius wyjaśnili sobie to wszystko, pamiętała, że przyjaciel miał do niego spory żal o to, że przepadł. Musiał się jakoś z tego wytłumaczyć, skoro spotkała go na tamtych urodzinach. Poźniej nigdy nie wypytywała Corio o niego, nie wydawało jej się to słuszne, nie chciała stawiać ich wspólnego przyjaciela pod ścianą. Mimo, że była ciekawa, co działo się w życiu Roisa. W tym przypadku musiała odpuścić, bo nie chodziło o nich.
- Tak, bo w końcu nic nie muszę, prawda? - Próbowała nieco rozluźnić atmosferę, nie chciała znowu znaleźć się w tym dziwnym zawieszeniu, wolała jakoś uciec od tego, co się wydarzyło. Tak było lepiej, bezpieczniej. Mogłaby w końcu przestać zwracać uwagę na swój raczej średni stan psychiczny.
- Ty też nie musisz mnie lubić, wiesz o tym, prawda? - Miała świadomość, że tak jak ona nic nie musiał, wolała mu jednak o tym przypomnieć, gdyby przypadkiem pozwolił sobie zapomnieć. Nie chciała, żeby przejmował się tymi momentami słabości, które czasem się pojawiały, one jej nie określały, raczej starała się te momenty oddzielać grubą linią od tego jej standardowego zachowania, tyle, że tym razem nie była sama, widział to, a znając Roisa nie będzie chciał tego ignorować, bo zawsze wyjątkowo się wszystkim przejmował. Miała jednak nadzieję, że porzuci ten temat, że uda im się o nim zapomnieć, bo nie znosiła poruszać tematu swoich słabości. Zresztą, co miała mu powiedzieć, że bała sie tego, że może o niej zapomnieć, że wyprze ją zupełnie ze swojego życia, że nie będzie pamiętał, że kiedyś była dla niego kimś. To było żałosne, okropnie żałosne.
- Wolałabym jednak skupić się na czymś innym. - Odsunąć to wszystko, co ciągnęło ją na dno. Nie chciała się na tym skupiać, ani teraz, ani w zasadzie nigdy. Kiedyś sobie z tym poradzi, sama, bez niczyjej pomocy. Musiała to zrobić.
Wiedział, cóż, musiał wiedzieć, bo przecież przyłapała go nocą na czymś podobnym. Też nie mógł spać, demony męczyły również i jego. To było bardzo przykre, źle się patrzyło na to, czym się stali podczas tego czasu, gdy ich drogi się rozeszły, nie było jednak innego wyjścia, jak pogodzenie się z tym, bo co niby innego mieli zrobić?
Dotknął opuszkiem palca jej wargi, nie miała pojęcia dlaczego nadal skłaniał się ku tej bliskości, w końcu wiedzieli, że to miało jeszcze im się odbić czkawką. Nie powinni do tego dopuszczać, ale z drugiej strony to właśnie tego pragnęła, aby było jak dawniej. Nie chciała, aby pojawiały się między nimi żadne granice, które narzucali sobie przymusowo. Tak było lepiej, nawet jeśli później miało ich to dość mocno zaboleć.
- Czy ja wiem? Tak właściwie to przecież Cię lubię, całego, z tym wszystkim, co tam w Tobie siedzi. - Raczej nigdy nie skupiała się na tym, co jej się w nim nie podobało, bardziej w drugą stronę. Widziała Roisa jako osobę pełną zalet, potrafił się o nią zatroszczyć jak nikt inny, zresztą znowu to robił, znowu przejmował się nią i tym w jaki sposób się czuła.
Nie miała pojęcia na ile mogą sobie pozwolić, nie wiedziała, kiedy przestaną tworzyć tę iluzję, kiedy stąd wyjdą, kiedy będą musieli zmierzyć się z szarą rzeczywistością. To też ją niepokoiło, bo dobrze jej tu było, tkwiącej w jego ramionach, to wydawało jej się właściwe, ale czy powinno? Skoro nie było im pisane nic więcej niż te kilka dni wykradniętych teraźniejszości.