Uśmiechnął się ulotnie, chowając ostatnią książkę do swojej teczki - zaklętej, przez to pomieszczenie tych rzeczy było bezproblemowe. Jakże błędnie uważał, że Brenna nie była osobą, która udawałaby cokolwiek. Że ma swoje sekrety, jak każdy je miał, ale nie była tą, co by kłamała, oszukiwała i zwodziła. Zakon Feniksa leżał na wyciągnięcie dłoni. Wystarczyłoby po niego sięgnąć. Kłamstwa i prawda splatające się ze sobą - jak DNA tworzące człowieka.
- Jest podobna do matki z wyglądu, a charakter ma po ojcu. Naprawdę. - Potwierdził, żeby nie sądziła, że sobie teraz z niej żartował. To jednak, że miała po nim charakter, nie znaczyło, że miała cały spis jego cech. Nie pochłonął ją narcyzm - to chyba wpływ Aydayi, która przelała na córkę mnóstwo miłości. - Tak... niecierpliwią... - Nieco zrzedła mu na chwilę mina na wspomnienie z Aydayą, która uśmiechała się w ten sztucznie miły sposób obwieszczając, że moze się kurwić, gdzie chce - byle w rodzinie było małżeństwo. I nic ją nie obchodzi, czy pierścionek włoży Laurent, czy Pandora. Jego siostra ostatnio bardzo mało się odzywała, mówiła cokolwiek, nie odpisywała na listy. Nie dziwiło go to. Pewnie podróżowała gdzieś dalej ze swoim wybrankiem i spędzała czas tak, jak zawsze lubiła. Ciężar tych zaręczyn i wizja coraz mocniej zamykających się bram umożliwiających zastąpienie ojca była przytłaczająca. Irracjonalne - bo powinno mu to sprawiać ulgę. Nikt nie będzie mu patrzył na ręce, mógł zadawać się, z kim chciał, odpowiedzialność za sprawy wielkie była przesunięta gdzieś indziej. - Edward uwielbia Pandorę, więc nie chciał ją do niczego zmuszać. Aydaya za to trochę straciła cierpliwość. Wolałaby, żebym to ja się zaręczył, ale... ale nie mogę jej zadowolić pod tym kątem. - Chociaż wiele osób by się pewnie ucieszyło, tak mu się wydawało. Gdyby ożenił się, miał syna. Oddzielając nawet od tego myśl, ze pewnie wiele rzeczy by się uspokoiło w jego życiu.
To jedno, krótkie zdanie, które wypowiedziała, było ujmujące. Sprawiło, że przez moment zapatrzył się na nią, ciesząc się wręcz tą chwilą. Degustując w ustach smak słowa "zaufanie". Towar luksusowy, bo ciągłe pytanie "czy on jest tym złym" było kamyczkiem spadającym ze zbocza góry. Kamyczek był w stanie wywołać lawinę. Pomyślał o tych straconych latach, w których ich drogi się rozeszły, ale ona poszła tam, gdzie mówiło jej serce - nadal psocić i jednocześnie naprawiać. Szukać kłopotów i pozwalać, by kłopoty znajdowały ją. Serce po właściwej stronie - przecież nie mogło ulec takiemu wypaczeniu..? Sam najlepiej wiedział, jak tragedie zmieniały człowieka. Mógł tylko się domyślać, jak wiele ich widziała Brenna jako brygadzistka.
- Nie mam zbyt wielu talentów... ale gdybym mógł ci jakoś pomóc, z kimś porozmawiać, do kogoś się dostać... W przekonywaniu do siebie ludzi chyba akurat mam dar ogromny. - Znów na jego usta wpłynął cieplejszy uśmiech. - Pomóc? - Zaskoczyło go to pytanie. - Dziękuję ci Brenno, ale chyba niczego mi nie potrzeba... chociaż mój jarczuk powiedziałby inaczej - nie wybiegał się ostatnimi czasy. - Zażartował trochę z tego, ale faktycznie nie bardzo miał siły na to, żeby wychodzić z Dumą. A musiał. Musiał, bo ilość stresu i nerwów sprawiała, że to stworzenie stało się bardziej agresywne niż powinien.