To nie tak, że chciała z nim pogrywać, nie spodziewała się jednak, że będzie gotowy sięgnąć po takie argumenty, aby ją pocieszyć. Nigdy nie czuła się specjalnie nietypowa, oni razem byli wyjątkowi, osobno, Roise pewnie tak, ona niekoniecznie, zwłaszcza nie teraz, kiedy miała w głowie ten cały mętlik z którym nie mogła sobie poradzić.
Jasne, czuła się pewnie w niektórych dziedzinach, w których była faktycznie biegła, ale łączyło się to z wieloletnim udowodnianiem, że zasługuje na to, aby inni brali ją na poważnie. Sporo ją to kosztowało, ale pewnie dzięki temu ciągle stawała się silniejsza i brnęła do przodu, przynajmniej fizycznie.
To co działo się w jej wnętrzu aktualnie było drogą raczej ku upadkowi. Nie czuła się pewnie, nie potrafiła podejmować racjonalnych decyzji, raczej działała po omacku i to ją okropnie irytowało. Nie była pewna tego, czego może się spodziewać, bo nic nie było jasne. Gubiła się w świecie, w którym przyszło im żyć. Zapewne nie była jedyna, bo przecież trwała wojna, pojawiały się istoty, które potrafiły bardzo szybko odbierać życia, do tego jej brat umarł, później narodził się na nowo, a drugi okazał się nigdy tak naprawdę nie istnieć. Teraz dochodziło widmo utraty wspomnień przez Roisa, zastanawiała się ile jeszcze jest w stanie wytrzymać i kiedy przestanie dawać sobie radę, właściwie już teraz nie do końca jej to wychodziło. Nigdy jeszcze nie czuła się taka zagubiona jak teraz. Nie sądziła też, że to szybko się zmieni, konflikt się zaogniał, raczej zmierzał ku gorszemu, nie, żeby zmieniało to jej podejście - nadal uważała, iż nie jest to jej walka, ale mogliby wreszcie dać sobie spokój, a przede wszystkim im dać spokój, aby mogli żyć tak jak dawniej.
- Tak, też tak sądzę, nawet lepiej niż nieźle. - Nie, żeby to było coś czego oczekiwała, ale skoro nie mogła mieć niczego więcej, to na tym wolała się zatrzymać. Musieli wykorzystać ten czas odpowiednio, skoro już go sobie dali. Nie miała pojęcia, czy dobrze robiła, zdawała sobie sprawę z tego, że obudziła w sobie te wszystkie uczucia, które tkwiły bardzo głęboko, po które nie chciała sięgać, ponownie powinna je zakopać, kiedy stąd odejdą, ale zauważała jak jej tego brakowało. Ich - razem. To też było przykre, bo wiedziała, że to nie będzie nic znaczyć, chociaż chciałaby, aby było inaczej. Nie miała jednak na to żadnego wpływu, co też ją zaczęło przygnębiać. Obawiała się, że znowu, zupełnie niepotrzebnie dokładała sobie kolejnych zadrapań, chociaż bez sensu było nad tym teraz dywagować. Podjęli wspólną decyzję, chcieli dać sobie ten czas, tyle. Później, później wszystko wróci do tej chujowej normy, z którą musiała sobie radzić przez ostatnie półtora roku.
- Oczywiście, żadne z nas nic nie musi. - To było chyba ich mottem życiowym. Powtarzali sobie to od zawsze, trzymali się tej dewizy od lat. Nie byli osobami, które przyjmowały cokolwiek, co było im narzucane, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że negowali wszystko, co ktoś próbował na nich wymusić.
Przewróciła oczami słysząc jego kolejne słowa. Powstrzymała się jednak przed głośnym westchnięciem, żeby jeszcze bardziej go nie irytować. - To nie tak, że Cię nie cierpię. - Może czasami? Zdarzało jej się darzyć go takimi uczuciami. Szczególnie, kiedy zaczynał się miotać, mówił jedno, robił co innego po to, żeby ochronić ją chuj wie przed czym, bo przecież wcale nie musiał korzystać z tego argumentu, bo przecież jakoś sobie sama ze wszystkim radziła, więc w jej matematyce, gdyby byli w czymkolwiek razem, to radizliby sobie jeszcze lepiej, czego nie zamierzał zaakceptować, nie wiedzieć czemu. - Czasem, może trochę, ale to nie do końca takie proste. - Miała problem, żeby nie reagować na niego w żaden sposób, nie potrafiła przechodzić obok obojętnie, więc kiedy się rozeszli wybrała najprostszą opcję z możliwych, starała się udowodnić mu jak bardzo go nie znosi, jak bardzo ją irytuje, jak bardzo wkurwiało ją to, że pozwalał sobie na nią patrzeć, interesować się jej sprawami. W końcu sam zadecydował o tym, że ma się w to nie mieszać, a później robił coś zupełnie innego. Tak było prościej.
- No i wiecznie, wszystko kwestionujesz. - Jakby ten jeden raz nie mógł się z nią zgodzić, to też ją wkurzało. Zawsze miał coś do powiedzenia.
To nie tak, że wszystkie te emocje były prawdziwe, w sumie sama nie miała pojęcia, które były. Nie dało się kwestionować tego, że go kochała, tego była pewna, ale w tym wszystkim i po tym wszystkim bardzo trudno było jej próbować zachowywać się w inny sposób. Próbowała trzymać się z daleka, udowadniać mu, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, bo nie chciała znowu się zawieść. Jak widać wystarczyła jedna chujowa sytuacja, żeby zmienić jej podejście, dopuściła do tego, czego tak bardzo się bała, i teraz nie było już odwrotu. Wiedziała, że znowu będzie cierpieć, że się sparzy, bo przecież niczego jej nie obiecywał - wręcz przeciwnie, raczej sugerował, że nic z tego nie będzie, a i tak w to wdepnęła. Brakowało jej go, mogła wyjść na desperatkę i wcale nie była z tego dumna, ale tym będzie się martwiła kiedy w końu opuszczą Piaskownicę.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele razy miałam chęć to zrobić. - Szczególnie wtedy, gdy zobaczyła go na urodzinach Fabiana, pozostała jednak przy ciskaniu piorunami z oczu, bo nie mogła sobie pozwolić na nic więcej. Musiała trzymać fason, chociaż przychodziło jej to bardzo trudno. Wiele razy miała chęć zrobić mu krzywdę za to, co on jej zrobił. Szczególnie, kiedy nie znała przyczyny, nie żeby teraz wiedziała dużo więcej, ale trochę jej się zaczęło to zarysowywać. - Swoją drogą, co do kuszy, to wreszcie się to stanie, bo przecież wisisz mi robienie za ruchomy cel. - Tak, nie zamierzała o tym zapomnieć. W końcu wczoraj wygrała ich mały wyścig, musiała mu jeszcze udowodnić, że jest w stanie wyczarować wyjątkowo silne liny, no i jabłko, powinna je w końcu zorganizować.