18.01.2025, 22:46 ✶
Tapety i meble do Księżycowego Stawu.
Tapety, meble i może jakieś inne dekoracje do Księżycowego Stawu.
To był jego dzisiejszy cel. Cel, który miał sens. Dobry cel, który pozwalał poukładać myśli i odsunąć na bok obawy. Z tym, że... Nawet nie do końca sam wiedział co dzisiaj czuł. Co czuł po wczoraj, bo ku własnemu zadziwieniu... Obudził się całkiem wesoły. No dobrze bardzo wesoły, bo może wiele spraw się nie rozwiązało, a on być może prawie wczoraj przespał się z kimś z kim nie powinien, ale po pierwsze tego nie zrobił, a po drugie nikt nikogo jednak nie planował zabić, a to znaczyło, że po pierwsze miał na tyle silną wolę, aby poradzić sobie z potencjalnym naturalnym czarem pewnego wampira, a po drugie wszyscy jednak będą żyć. Czerwony alarm odwołany! Teraz był jedynie bursztynowy, ale i tak nie było źle! Jean jednak nie był taki zły!
Może to właśnie dlatego, miał taki dobry humor, gdy usiedli wraz z Mildred w restauracji, a on na dzień dobry, zamówił tysiąc różnych przystawek i różaną lemoniadę (aż w takim dobrym był humorze!) zanim jeszcze zdążyli przyjrzeć się swoim kartom dań.
Nie znaczyło to jednak, że tak naprawdę wszystko było w porządku, bo ta radość Jonathana była nieco zbyt gwałtowna, jakby była parą wreszcie ulatniająca się z nagrzanej od paniki maszyny, a on sam wydawał się mimo wszystko nieco zbyt roztargniony, niż zazwyczaj. Bardziej niż w sierpniu.
– Millie, moja droga, czemu więc po prostu nie zepniesz ich, lub nie zwiążesz? – spytał, zerkając na jej nową fryzurę znad karty dań. Millie zdecydowanie wyglądała bardziej... Z klasą niż przed swoją przemianą, chociaż Jonathan nieco martwił się finałem tamtych zakupów. Teraz przynajmniej, jako że Morphy dopiero dzisiaj wracał z Egiptu, mogli jakoś swobodnie o tym porozmawiać bez obawy, że jego ulubiony wróżbita zaraz wyskoczy z krzaków.
Na jej kolejne słowa zaśmiał się cicho i na chwilę odłożył kartę dań, aby przyjrzeć się jej lepiej.
– Millie z całym szacunkiem, ale na pierwsze powiem jedynie, że gdybym zaprosił cię na randkę, a tego nie zrobię, to doskonale byś o tym wiedziała, a na drugie poproszę, abyś jednak tego nie robiła. Daj prasie poplotkować trochę o tym, że podobno biorę ślub, zanim zaczną krzyczeć, że zdradzam moją narzeczoną, której nie ma z młodszą kochanką z dziwnymi preferencjami wspólnych zabaw, dobrze? – Ostatnie słowa zabrzmiały jednak trochę dziwnie, jakby nagle o czymś sobie przypomniał, ale Selwyn jedynie zmienił temat. – Powiedz, mi lepiej... Jak się czujesz w tych nowych ubraniach i fryzurze. Ale tak naprawdę, bez narzekania na pokaz.
Tapety, meble i może jakieś inne dekoracje do Księżycowego Stawu.
To był jego dzisiejszy cel. Cel, który miał sens. Dobry cel, który pozwalał poukładać myśli i odsunąć na bok obawy. Z tym, że... Nawet nie do końca sam wiedział co dzisiaj czuł. Co czuł po wczoraj, bo ku własnemu zadziwieniu... Obudził się całkiem wesoły. No dobrze bardzo wesoły, bo może wiele spraw się nie rozwiązało, a on być może prawie wczoraj przespał się z kimś z kim nie powinien, ale po pierwsze tego nie zrobił, a po drugie nikt nikogo jednak nie planował zabić, a to znaczyło, że po pierwsze miał na tyle silną wolę, aby poradzić sobie z potencjalnym naturalnym czarem pewnego wampira, a po drugie wszyscy jednak będą żyć. Czerwony alarm odwołany! Teraz był jedynie bursztynowy, ale i tak nie było źle! Jean jednak nie był taki zły!
Może to właśnie dlatego, miał taki dobry humor, gdy usiedli wraz z Mildred w restauracji, a on na dzień dobry, zamówił tysiąc różnych przystawek i różaną lemoniadę (aż w takim dobrym był humorze!) zanim jeszcze zdążyli przyjrzeć się swoim kartom dań.
Nie znaczyło to jednak, że tak naprawdę wszystko było w porządku, bo ta radość Jonathana była nieco zbyt gwałtowna, jakby była parą wreszcie ulatniająca się z nagrzanej od paniki maszyny, a on sam wydawał się mimo wszystko nieco zbyt roztargniony, niż zazwyczaj. Bardziej niż w sierpniu.
– Millie, moja droga, czemu więc po prostu nie zepniesz ich, lub nie zwiążesz? – spytał, zerkając na jej nową fryzurę znad karty dań. Millie zdecydowanie wyglądała bardziej... Z klasą niż przed swoją przemianą, chociaż Jonathan nieco martwił się finałem tamtych zakupów. Teraz przynajmniej, jako że Morphy dopiero dzisiaj wracał z Egiptu, mogli jakoś swobodnie o tym porozmawiać bez obawy, że jego ulubiony wróżbita zaraz wyskoczy z krzaków.
Na jej kolejne słowa zaśmiał się cicho i na chwilę odłożył kartę dań, aby przyjrzeć się jej lepiej.
– Millie z całym szacunkiem, ale na pierwsze powiem jedynie, że gdybym zaprosił cię na randkę, a tego nie zrobię, to doskonale byś o tym wiedziała, a na drugie poproszę, abyś jednak tego nie robiła. Daj prasie poplotkować trochę o tym, że podobno biorę ślub, zanim zaczną krzyczeć, że zdradzam moją narzeczoną, której nie ma z młodszą kochanką z dziwnymi preferencjami wspólnych zabaw, dobrze? – Ostatnie słowa zabrzmiały jednak trochę dziwnie, jakby nagle o czymś sobie przypomniał, ale Selwyn jedynie zmienił temat. – Powiedz, mi lepiej... Jak się czujesz w tych nowych ubraniach i fryzurze. Ale tak naprawdę, bez narzekania na pokaz.