Rzeczywistość drżała, a bezradność rosła. Pompowana niewiarygodnością wydarzeń i mocy, która przesuwała się po ziemi, niebie i stawiała do pionu włoski na całym ciele. Co się dzieje - Cain nie miał pojęcia. Cokolwiek się jednak działo miało wiele wspólnego z Fleamontem. Powietrze wokół niego aż buzowało, wydawało się pochłaniać cały wszechświat, by zostać czarną dziurą uniwersum w niedalekiej przyszłości.
- NIE! - Jeśli efekty wizualne wirującej przestrzeni były zbyt oczywiste, to pozostawała Fontaine do rozwiązania tej zagadki, której oczy otworzyły się szerzej, nim Czarna Wiedźma odeszła parę kroków w tył i poderwała głowę ku górze. Cain wziął z niej przykład. To, co stworzyła z takim wysiłkiem i przygotowywała przez dni, rozpadało się teraz jak szklanka rzucona o ziemię. Bariera pękała i rozlatywała się, a te nienamacalne fizycznie kawałki sunęły do Flynna... znikały? Były przez niego wciągane? - Głupcze! - Chciał unieść rękę, ale Cain był już przy niej. Być może czarnowłosy ją kochał. Być może miał mu nie wybaczyć tego, co zrobił. Być może to mógł być koniec mimo wielu kochanych słówek, mimo gorących zapewnień, mimo... tylko co za znaczenie miało "być może", kiedy w oczach bruneta "tu i teraz" stało się zagrożone?
To było ledwo jedno cięcie mieczem. Świst stali, który zainicjował pieśń krzyku szalonej kobiety. Trysnęła krew, kiedy jej dłoń poleciała na ziemię. Trysnęła krew, która poplamiła rozwiewane podmuchami powietrza kamyki pod ich stopami, oznaczyła twardą powierzchnię pod ich nogami swoim śladem. Caina nie obchodziło, czy zamierzała go wskazać palcem, czy może cisnąć zaklęciem i przeszkodzić w tym, co teraz Flynn robił. Powstrzymał się tylko przed tym, by nie wbić jej tego miecza w bebechy.
- Uciekajcie! - Krzyknął w kierunku żołdaków i rycerzy, którzy nie byli już chętni do nacierania na bestie. Niepewny grunt skutecznie wyssał z nich kuraż - jak Flynn właśnie wysysał magię wokół nich. Podzielona uwaga nie sprzyjała komendom - zrobił kolejny krok ku Fontaine, ale ta się wycofała. Umknęła kolejnemu błyskowi stali, który chętnie kolejny raz odbiłby blask słońca w swojej pracy. Jak klinga sprawiedliwości. Jak wiara niesiona ku oświeceniu woli słabych. - UCIEKAJCIE! RUCHY KURWA! WYPIERDALAĆ STĄD! - Powtórzył, gdy Czarna Wiedźma wzbiła się w powietrze na własnych skrzydłach - pustułka o czarnych piórach wzleciała w górę tylko na moment. Na krótką chwilę, by jej złote ślepia utknęły w sylwetce Flynna - z całym swoim gniewem, z całym poczuciem zdrady, jakie Flynn mógł odczuć na swojej skórze. Pełzała po nim jak szron wkradał się na szyby. "Pożałujesz" - słowo wypowiedziane głosem Fontaine wybrzmiało w głowie czarodzieja, gdy pustułka do niego przemówiła. Cain stracił ją z pola widzenia.
Zaczynał też tracić z pola widzenia ludzi, którzy uciekali. Niektórzy rzucali swoją broń u stóp ryczącego smoka, inni trzymali ją przy piersi, jakby mogła ich uratować od magicznej katastrofy. Cain miał wrażenie, że jeszcze moment, a naprawdę rozerwie ona rzeczywistość na pół i już nic z tego nie zostanie. Rzucił własny miecz u stóp Flynna i objął go rękoma od tyłu, zaciskając powieki.
- Jestem tu. Trzymam cię. To tylko trochę poświęcenia. Poradzisz sobie. - Cokolwiek robił teraz... Cain był z nim. I nie zamierzał go opuścić. Nie zamierzał go zostawić...
Ale wszystko się uspokoiło. Wszystko poza mocno walącym sercem Bletchleya, które chyba chciało przebić żebra.
- Dziękuję. - Śpiewny głos bardziej przypominał Cainowi syreni - tylko skąd tu syrena? Rozchylił powieki - smoków nie było. Była dwójka chłopców tulących się z obu stron do... kobiety? Mężczyzny? Człowieka tak jasnego, że wydawał się białą plamą nawet na tle tego jasnego nieba. Szczególnie z tymi kryształami, które wrastały w jego skórę, jakby miały być tam od zawsze. Tylko krew z tych ran dawała wrażenie świętokradztwa. Smoczyca w ludzkiej skórze puściła swoich synów i podeszła do nich - ujęła twarz Flynna w swoje drobne dłonie i uniosła ją, składając pocałunek na jego czole. - Nie ufaj wiedźmie. - Odparła z delikatnym uśmiechem. Caina ukłuło uczucie zazdrości. - Z miłością jest jak z gruszką. Jest słodka i ma kształt. - Przesunęła palcami po kręconych włosach, a drugą dłoń ułożyła na głowie Caina. - Dopóki czujecie słodycz i nadajecie jej kształtu - nie pomylicie jej z niczym innym. - Ciepło tego dotyku było chyba najmilszym uczuciem, jakiego doznał. Zamykało oczy. Zlepiało je. Sprawiało, że człowiek stawał się senny, a pod czarną kurtyną powiek wkradało się słońce. Słońce... słońce...
Cain zerwał się z koca i otworzył gwałtownie powieki. Nie było lasu. Nie było smoczycy. Nie było... był Flynn. Flynn, który teraz się przebudzał, a to, co mógł mu zaoferować Cain był uśmiech na powitanie.
Po grajku i jego widowni w tym parku nie było już żadnego śladu. Chwilę później nie było też śladu po Cainie i Flynnie.