29.01.2023, 04:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.01.2023, 04:00 przez Mavelle Bones.)
Przejście z tego miejsca http://secretsoflondon.pl/showthread.php...68#pid6368
Utrzymanie emocji w ryzach potrafiło być czasem niezwykle trudnym zadaniem, zwłaszcza jeśli wszystko w duchu się odpalało i wręcz krzyczało, że to jest zagrożenie, które należało wyeliminować. Jednakże koniec końców, Bones udało się ugryźć w język oraz nie posłać paru drętwot (co najmniej drętwot…) w Rookwooda, co pod koniec spotkania jawiło się jako bardzo, bardzo kusząca wizja. Niemniej czarownicę wciąż zdawała się otaczać aura godna burzy z gradem i piorunami.
- Nie no, chyba nie ma opcji, że się nie da bez ścisku – ściągnęła nieznacznie brwi, odruchowo kierując wzrok tam, gdzie powinny być stragany. To nie pierwsze Beltane, nie pierwszy sabat, teren też nie należał do specjalnie małych… chyba że nagle obrodziłoby w wystawców, bo ktoś nie pomyślał i zezwolił na ich znacznie większą liczbę. Co na dłuższą metę też nie było specjalnie dobre, przynajmniej nie z punktu widzenia Mavelle – Ale tak, to zdecydowanie brzmi rozsądnie – zgodziła się z kuzynką bez choćby mrugnięcia okiem. Nie mogli dopuścić do tego, by przejścia nadal pozostawały tak wąskie, znacznie utrudniając przemieszczanie się spanikowanemu tłumowi.
Na Morganę i Merlina, oby tylko do tego jednak nie doszło. Niemniej nie miała zamiaru podchodzić do tego inaczej, niż spodziewając się każdej możliwej, najgorszej rzeczy, jaka mogła się wydarzyć. Łącznie z deszczem żab i wtargnięciem stada świń, bo dlaczego by nie. Voldemort i cała reszta znajdowała się aktualnie w pakiecie „standard”, przez co stanowiło to priorytet w całym czarnowidztwie.
Być może ogólnie wyprowadzenie stoisk poza polanę było całkiem mądrym pomysłem – w Mavelle były teraz dwa wilki i jeden z nich twierdził, że uniemożliwiałoby to próbę roztoczenia parasola ochronnego nad wszystkimi, a drugi szeptał, iż ataku spodziewali się w dość konkretnym miejscu, toteż przynajmniej ci straganiarze i ich klienci mogliby być bezpieczniejsi.
- Zresztą, zobaczymy, najpierw zróbmy, co mamy zrobić, a potem się zastanowimy – odetchnęła głębiej, wyciągając różdżkę. Bo jeśli ktoś myślał, że tym poszerzaniem zajmie się gołymi rękoma, to bardzo, bardzo się mylił. Od czegoś w końcu ta magia była, nieprawdaż? Toteż udała się – razem z Patrickiem zresztą – w stronę tych cholernych dróg ewakuacyjnych, przy których miała spędzić kilka kolejnych chwil. Machnięcie różdżką, kontrolowanie, czy czar działa jak należy, zakończenie jego działania. Znowu machnięcie, i tak dalej, i tak dalej. Prosta praca, podczas której miała przy okazji czas, by wygładzić kłębiące się emocje, ostudzić chęć przemodelowania gęby Rookwooda i skrystalizować pewną myśl.
Myśl, którą – czego z każdą kolejną sekundą była coraz bardziej pewna – zrealizuje, gdy tylko opuści polanę. Pewne kwestie nie mogły czekać, a już na pewno nie wtedy, gdy czas nieubłaganie płynął, z każdą sekundą zbliżając się do przeklętego Beltane.
Póki co, kolejne machnięcie różdżką, kolejne zaklęcie. I znów. Aż do skutku, dopóki razem ze Stewardem nie będą zadowoleni z osiągniętych efektów.
445