19.01.2025, 17:54 ✶
Nie byłem pewien, czego spodziewać się po tym spotkaniu. List wprowadził mnie w stan... nadziei, niewyobrażalnej nadziei i strachu również, bo Vicotria wiedziała o mnie i o Laurencie, o tym, że mało co go nie zabiłem. Przerażające. Starałem się oba te uczucia pogrzebać głęboko w sobie. Nie mogłem się łudzić, nie mogłem się bać. Odpowiedzialnym było ponoszenie konsekwencji swoim czynów, poza tym... Żądza krwi. Do dziś, jakby to było wczoraj, pamiętałem słowa Victorii, że z moje łaknienie krwi było częścią mojej nowej natury. Myślę, że czymś nierozerwalnym, więc... Zero strachu, zero nadziei. Nie powinienem się bać, nie powinienem się łudzić.
Tylko że słowa słowami, a czyny czynami. Pewnie bym się zesrał z przerażenia, gdybym mógł. Obawiałem się, że to będzie powtórka ze spotkania z Laurentem, a obecność Sauriela... Za bardzo nie wiedziałem, czy mogę mu ufać. Kim nie miała oporów by się bronić, jeśli ponosiła mnie... On był mi kompletnie nieznaną osobą. Może powinienem był wtajemniczyć w to Geraldine? Ale też nie chciałem mieszać jej do swoich spraw, skoro jasno wyraziła się w jaskini, że nie potrzebuje mnie do niczego, że jej sprawy to jej sprawy. Moje były moimi.
Zlustrowałem Victorię spojrzeniem. Wyglądała... niesamowicie. Może aż za bardzo, biorąc pod uwagę prześwitującą koszulę. Skłoniłem się na przywitanie, korzystając z zaproszenia. Przestąpiłem próg, bo nie było już odwrotu.
Pytanie o picie zamieszało mi w głowie, ale... nic się nie działo. Nikogo nie gryzłem i nie miałem pogryźć. Victorii chodziło jedynie o herbatę.
- Tak, poproszę herbatę - poprosiłem i rozejrzałem się... za skrzatem? Chyba byłem gotów bardziej zaufać domowemu skrzatowi niż Saurielowi Rookwoodowi, z którym też się przywitałem skinięciem głowy, o ile gdzieś się tu kręcił. Kto wie? Może miał wszystko gdzieś [niczym rasowy kot]? - Będziemy we troje? - zapytałem dla pewności. Wolałem to usłyszeć niż bawić się w domysły.
Żałowałem, że nie mam błahych problemów. Mogłem nawet codziennie usuwać kaktusy z głowy Geraldine, byleby żyć względnie normalnie. Nie jako potwór.
...a jednak przybyłem ubrany na czarno. Czarny ubiór był praktyczny, bo nie było na nim widać śladów krwi.
Tylko że słowa słowami, a czyny czynami. Pewnie bym się zesrał z przerażenia, gdybym mógł. Obawiałem się, że to będzie powtórka ze spotkania z Laurentem, a obecność Sauriela... Za bardzo nie wiedziałem, czy mogę mu ufać. Kim nie miała oporów by się bronić, jeśli ponosiła mnie... On był mi kompletnie nieznaną osobą. Może powinienem był wtajemniczyć w to Geraldine? Ale też nie chciałem mieszać jej do swoich spraw, skoro jasno wyraziła się w jaskini, że nie potrzebuje mnie do niczego, że jej sprawy to jej sprawy. Moje były moimi.
Zlustrowałem Victorię spojrzeniem. Wyglądała... niesamowicie. Może aż za bardzo, biorąc pod uwagę prześwitującą koszulę. Skłoniłem się na przywitanie, korzystając z zaproszenia. Przestąpiłem próg, bo nie było już odwrotu.
Pytanie o picie zamieszało mi w głowie, ale... nic się nie działo. Nikogo nie gryzłem i nie miałem pogryźć. Victorii chodziło jedynie o herbatę.
- Tak, poproszę herbatę - poprosiłem i rozejrzałem się... za skrzatem? Chyba byłem gotów bardziej zaufać domowemu skrzatowi niż Saurielowi Rookwoodowi, z którym też się przywitałem skinięciem głowy, o ile gdzieś się tu kręcił. Kto wie? Może miał wszystko gdzieś [niczym rasowy kot]? - Będziemy we troje? - zapytałem dla pewności. Wolałem to usłyszeć niż bawić się w domysły.
Żałowałem, że nie mam błahych problemów. Mogłem nawet codziennie usuwać kaktusy z głowy Geraldine, byleby żyć względnie normalnie. Nie jako potwór.
...a jednak przybyłem ubrany na czarno. Czarny ubiór był praktyczny, bo nie było na nim widać śladów krwi.