Priorytetem Yaxleyówny było uspokojenie się, a nie konkretnie sięgnięcie po alkohol. Wiedziała, że jest to jedna z prostszych metod, zresztą miała naprawdę parszywy dzień i nie zamierzała się z tego tłumaczyć, drugim sposobem na walkę z wkurwem, z tych, które najbardziej działały było danie komuś po mordzie, więc z dwojga złego chyba lepiej, że wybrała ten pierwszy? Wydawał się być bardziej cywilizowany.
- To nie szklanki dają nam przyjemność, a ich zawartość. - Odburknęła cicho. Nie miała pojęcia, czy Corio nie zauważył, że już jest wystarczająco zirytowana, naprawdę chciał tego, żeby doszła do skraju przez jakieś głupie komentarze o szklankach? To nie miało większego sensu.
Oddychaj Yaxley. Nie pojawiła się tu przecież po to, aby się kłócić, wręcz przeciwnie, mieli zasięgnąć języka, dowiedzieć się czegoś więcej, szkoda tylko, że Lestrange zaczął rozmowę od dawania im dobrych rad w temacie, w którym niekoniecznie tego potrzebowali.
Nie miała pojęcia dlaczego, ich przyjaciel sięgnął po pióro i kartkę i co tam w tej chwili bazgrał, nie było to jednak coś, co jej dotyczyło, przynjamniej tak się wydawało Geraldine.
Sięgnęła po szklankę, do której wcześniej nalała sobie bursztynowego trunku. Wpatrywała się w Lestrange'a i prychnęła głośno, gdy usłyszała jego słowa. Naprawdę? Czy naprawdę sądził, że dałaby się wplątać w jakiekolwiek kłopoty związane z Ministerstwem. - Nie jestem głupia, nie narażam się im, nie znoszę tej pierdolonej instytucji, zresztą nie są specjalnie bystrzy, to byłoby ujmą dla mnie, gdybym wpakowała się w jakieś kłopoty z urzędnikami. - Nigdy nie miała problemu z tym, aby dzielić się swoją opinią na temat Ministerstwa. Zwłaszcza teraz, w czasie kiedy podchodzili do problemu w bardzo opieszały sposób i praktycznie nie było słychać o żadnych postępach związanych ze sprawą Widm. Widm, które zaczęły wyłazić z lasu, eweoluować, co zresztą miała udokumentowane na pierdolonym zdjęciu. Musiała zaangażować się w sprawę, znaczy nic nie musiała, ale czuła, że jest to jej jebany obowiązek, bo przecież była pierdoloną łowczynią potworów, kto jeśli nie ona?
- Nie po to tu przyszlismy. - Musiała się skupić, żeby wrócić do tematu, bo odkąd pojawili się w mieszkaniu przyjaciela bardzo łatwo było ją rozproszyć, a to nie powinno mieć miejsca.
- Gdy byłam w Kniei, pojawiło się parędziesiąt widm. Najpewniej by mnie tutaj z wami nie było, gdyby nie to, że trafiłam w lesie na kamienny krąg, kromlech. - Starała się mówić spokojnie, po kolei, aby nie ominąć żadnych szczegółów.
- Na tych kamieniach były wyryte runy, podejrzewam, że tylko to spowodowało, że nie mogły nas dopaść. - Do stwierdzenia tego, nie trzeba było być szczególnie światłym. - Wydaje mi się, że te runy mogą nas ochronić przed tymi istotami. - Tutaj właśnie tkwił problem. - Nigdy nie uczyłam się run, nie wiem, czy potrafiłabym je odtworzyć, próbowaliśmy tam dzisiaj dotrzeć, ale chyba przeceniłam swoje umiejętności. - Teleportacja zakończyła się fiaskiem, miała o to do siebie żal, była jednak nieco rozbita, a translokacja - cóż, nigdy nie była jej ulubioną dziedziną magii. - Wypadałoby więc skorzystać z najprostszej metody i wyciągnąć moje wspomnienia, żeby moi znajomi, którzy całkiem biegle posługują się runami mogli je zobaczyć. Schody zaczynają się tutaj, bo nie zamierzam zgłaszać tego do ministerstwa, bo pojawiłam się tam nielegalnie. - Po pierwsze złamała oficjalny zakaz związany z wchodzeniem do Kniei, po drugie zrobiła to pod swoją animagiczną postacią, o której nie wiedział nikt poza Roisem.
- Pewnie masz jakieś informacje, gdzie można znaleźć myślodsiewnię? - Na pewno był bardziej zorientowany od nich, z tymi swoimi znajomościami w Ministerstwie. - Te runy mogłyby się przydać mieszkańcom Doliny, szczególnie, że te popierdolone Widma zaczęły wychodzić z Kniei i pojawiać się w Dolinie, kto wie, kiedy postanowią iść dalej. One są kurewsko niebezpieczne. - Nieczęsto padały z jej ust podobne słowa dotyczące jakichkolwiek istot. W tym wypadku miała wątpliwą przyjemność spotkać się z nimi bliżej, widziała, co potrafią zrobić z człowiekiem i nie życzyłaby nikomu spotkania z nimi twarzą w twarz.
Nie patrzyła na Ambroisa, kiedy próbowała streścić ich wspólnemu przyjacielowi to wszystko, bo zdążyła już mu to opowiedzieć wcześniej, miał świadomość jak wygląda sprawa.
Dopiła w końcu zawartość swojej szklanki i poruszyła jeszcze jeden temat.
- Astaroth myśli, że chcę go zabić. Boję się, że się ode mnie odsunie. - Tym razem nie spoglądała na żadnego z mężczyzn, wbiła wzrok w szklankę, którą trzymała w dłoni, chyba musiała się tym z kimkolwiek podzielić, bo to wydarzyło się dzisiaj i dosyć mocno w nią uderzyło. Nie mogła się pozbierać po tej porannej rozmowie i nie do końca wiedziała, jak wypadałoby się zachować. Brat był dla niej ważny, obiecała, że będzie się nim opiekować, nie miała pojęcia, co zrobiła źle, ale chyba coś poszło mocno nie tak. Jasne, może i był wampirem, ale to nie zmieniało faktu, że był jej bratem, musiała znaleźć jakiś sposób, aby naprawić ich stosunki, co wcale nie było takie proste, bo stwierdził, że skoro zabiła jednego z braci to i z drugim nie będzie miała problemu. Jej życie było okropnie popierdolone i powoli przestawała sobie z tym radzić, wyjątkowo - nie zamierzała tego trzymać w sobie.