29.01.2023, 04:01 ✶
Zdawało się, że biegła w nieskończoność.
Brakowało tchu w piersiach, musiała w końcu zwolnić, przystanąć – oddychała gwałtownie, urywanie, niespokojnie. Spojrzała przez ramię, przepełniona obawą, czy przypadkiem znowu nie ujrzy groteskowej siebie – dawnej siebie – próbującej… właśnie, co? Oddaj mi moje życie odbijało się echem w umyśle kobiety. Czyje życie miałaby oddać?
Czyje życie odebrała?
Czyje życie w istocie mogłaby oddać…?
Podejrzenie zakiełkowało, aczkolwiek nie przeradzało się jeszcze w pewność. Zwłaszcza że poważnie zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie trafiła do jakiegoś popapranego snu, w którym własny umysł podsuwał jej obrazy, wydobywając na wierzch wszelkie kłębiące się w niej lęki.
Tyle że wszystko jednocześnie zdawało się być tak realistyczne, iż właśnie to powstrzymywało Clare przed uznaniem, że na pewno utknęła w wizji utkanej przez jej podświadomość. Co w zasadzie sporo upraszczałoby sprawy – ze snu można się zawsze obudzić. Nawet jeśli to koszmar, który z pewnością zająłby miejsce na podium w konkurencji najstraszniejszych koszmarów.
Uspokajała powoli oddech, rozglądając się teraz po okolicy, skoro odnotowała, iż stwór na razie zniknął z pola widzenia. Krajobraz właściwie niewiele uległ zmianie – wciąż wszędzie panowała ta przygnębiająca atmosfera porzucenia i zapomnienia. Uwagę przykuły dźwięki wiolonczeli; skąd dobiegały? Poświęciła dobrą chwilę na przysłuchiwanie się, żeby rozpoznać kierunek oraz rozglądanie na wszystkie strony.
Błysk blond włosów.
Przełknęła ślinę, rozważając, jak wielki błąd popełni, jeśli wejdzie do tego hotelu. Niemniej coś popychało do tego, by porzucić rozsądek i jednak stanąć oko w oko z dostrzeżoną kobietą. Może będzie bardziej realna? A może tylko cieniem, tak jak para na ławce…
Zaczerpnęła powietrza i koniec końców skierowała się do otwartych drzwi, z zamiarem trafienia do dostrzeżonego apartamentu.
Brakowało tchu w piersiach, musiała w końcu zwolnić, przystanąć – oddychała gwałtownie, urywanie, niespokojnie. Spojrzała przez ramię, przepełniona obawą, czy przypadkiem znowu nie ujrzy groteskowej siebie – dawnej siebie – próbującej… właśnie, co? Oddaj mi moje życie odbijało się echem w umyśle kobiety. Czyje życie miałaby oddać?
Czyje życie odebrała?
Czyje życie w istocie mogłaby oddać…?
Podejrzenie zakiełkowało, aczkolwiek nie przeradzało się jeszcze w pewność. Zwłaszcza że poważnie zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie trafiła do jakiegoś popapranego snu, w którym własny umysł podsuwał jej obrazy, wydobywając na wierzch wszelkie kłębiące się w niej lęki.
Tyle że wszystko jednocześnie zdawało się być tak realistyczne, iż właśnie to powstrzymywało Clare przed uznaniem, że na pewno utknęła w wizji utkanej przez jej podświadomość. Co w zasadzie sporo upraszczałoby sprawy – ze snu można się zawsze obudzić. Nawet jeśli to koszmar, który z pewnością zająłby miejsce na podium w konkurencji najstraszniejszych koszmarów.
Uspokajała powoli oddech, rozglądając się teraz po okolicy, skoro odnotowała, iż stwór na razie zniknął z pola widzenia. Krajobraz właściwie niewiele uległ zmianie – wciąż wszędzie panowała ta przygnębiająca atmosfera porzucenia i zapomnienia. Uwagę przykuły dźwięki wiolonczeli; skąd dobiegały? Poświęciła dobrą chwilę na przysłuchiwanie się, żeby rozpoznać kierunek oraz rozglądanie na wszystkie strony.
Błysk blond włosów.
Przełknęła ślinę, rozważając, jak wielki błąd popełni, jeśli wejdzie do tego hotelu. Niemniej coś popychało do tego, by porzucić rozsądek i jednak stanąć oko w oko z dostrzeżoną kobietą. Może będzie bardziej realna? A może tylko cieniem, tak jak para na ławce…
Zaczerpnęła powietrza i koniec końców skierowała się do otwartych drzwi, z zamiarem trafienia do dostrzeżonego apartamentu.
264/2001