Zakon tworzył się naturalnie. Wciągali do niego swoich najbliższych, właściwie to przecież w większości znali się od zawsze. Rodzeństwa, przyjaciele, ci którym ufali najbardziej. Sama pamiętała, jak rozmawiała z Patrickiem, była mile zaskoczona, że postanowił wciągnąć ją do pomocy, bo nigdy nie wydawało jej się, że mogłaby być jakimś szczególnie atrakcyjnym nabytkiem dla osób, które faktycznie chciałyby się stawiać wrogom. Od razu się zgodziła, bo przecież Figgówna nie była w stanie zaakceptować tego, że niewinnym ludziom dzieje się krzywda, bez chwili zawahania zdecydowała się więc na to, że będzie im pomagać. Nie mogłaby postąpić inaczej, zwłaszcza, że później dołączyli do niej Erik czy Thomas, a okazało się również, że Brenna, Mavelle i cała reszta już działają aktywnie. Nie miała innego wyboru, to wydawało jej się być jedynym słusznym posunięciem.
- Tak, to brzmi pogmatwanie, za bardzo skupiamy się na tym co kto ma robić, zamiast po prostu robić. - Przynajmniej w oczach Nory. Nie, żeby była jakąś specjalistką, ale kiedyś wszystko wydawało się prostsze. Jasne, wtedy też Zakon miał mniejszą ilość członków, jednak może warto byłoby wrócić do korzeni i po prostu działać. Nie do końca wiedziała, jak powinni ustosunkowywać się do nowych członków, bo przecież ci, którym najbardziej ufali już dawno z nimi współpracowali, byli pierwszym, oczywistym wyborem, teraz? Teraz wszystko nieco bardziej się komplikowało.
Nie myślała o tym, czy powinna powiedzieć Samuelowi o tym, co robi w wolnym czasie, aktualnie wydawało jej się, że mogłoby to być dla niego zbyt wiele, w końcu musiał opuścić swój dom, do tego dowiedział się, że Mabel była faktycznie jego córką, to było wiele, nie chciała mu dokładać, nie wątpiła jednak, że kiedy pojawi się jakaś potrzeba to przyjdzie im z pomocą, nawet nieoficjalnie przecież mogli go prosić o przysługi. Wolałaby go trzymać od reszty z daleka.
Brenna miała sporo na swoich barkach, miała świadomość, że trudno jest zarządzać taką grupą ludzi, o takich różnych charakterach, każdy miał coś do powiedzenia, każdy próbował przepchnąć swoje racje, ale ktoś musiał być odpowiedzialny za podejmowane przez nich decyzje, Longbottomówna była rozsądna, Nora ufała temu, co zamierzała zrobić, na pewno nie pozwoliłaby, aby komuś z nich stała się krzywda.
- Cóż, to nie jest nic trudnego, wiesz, że od dziecka lubiłam się bawić eliksirami, w sumie to nie różni się zbytnio od gotowania, wystarczy trzymać się przepisów i już. - Nie uważała, żeby jej umiejętności były wybitne, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że nie każdy potrafił odnaleźć się między recepturami, czy magicznymi składnikami tak jak ona. Przychodziło jej to bardzo lekko i naturalnie, zresztą miała zamiar w najbliższym czasie nieco poeksmerymentować, aby stworzyć nowe receptury, które Zakon będzie mógł wykorzystywać. Musieli mieć możliwość zaskoczyć wrogów, chętnie byłaby za to odpowiedzialna, bo może nie była w stanie rzucać zaklęciami na prawo i lewo, ale akurat tutaj - tutaj naprawdę nie istniały dla niej praktycznie żadne granice.
- W Brygadzie nie musieliście walczyć z czymś takim, nic dziwnego, że nie do końca wiedzieliście, jak to robić. Teraz przynajmniej wiecie na co ich stać. - W końcu na co dzień nie spotykali się z takimi zaklęciami, nie wszyscy byli wyszkoleni do biegania za czarnoksiężnikami, a aurorów było zbyt mało, aby poradzić sobie ze wszystkimi. - Musicie próbować innych metod, cóż, oni sięgają po te najgorsze. - Nie miała pojęcia w jaki sposób powinni z tym walczyć, trochę nie do końca dobrą opcją było korzystanie z podobnych sposobów, co śmierciożercy bo przecież to była droga ku utracie swojego społeczeństwa, chociaż czasem, czasem nie było innego wyboru. Zresztą jej przyjaciele robili to z dobrych pobudek, chcieli chronić niewinnych.
- Tak, nie możemy przewidzieć tego, co się wydarzy, a właściwie to zawsze po prostu reagujemy na to, co oni robią. Może wypadałoby ten pierwszy raz spróbować być krok przed nimi, tyle, że nie wiem, jak moglibyśmy to zrobić, to oni rozdają karty. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Też nie była na tyle doświadczona, aby znaleźć jakiś sposób na to, aby to się odwróciło. Wierzyła jednak, że nadejdzie ten moment, kiedy to się odmieni.