Nie do końca przepadała za Lasem Wisielców, bywała tutaj czasami, ale nigdy nie było to miejsce, które odwiedzała z entuzjazmem. Wydawało jej się, że można tutaj zwariować, las należał do tych owianych tajemnicą i niekoniecznie z najlepszą opinią.
Wybór był jednak całkiem prosty, na pewno uda im się tutaj zaszyć z dala od ludzi, ślady magii nie powinni zrobić na nikim wrażenia, zresztą mało kto przychodził tutaj z własnej, nieprzymuszonej woli.
Nie dziwiło jej to, że ludzie raczej unikali tego miejsca. Miała wrażenie, że w szeleście liści można usłyszeć głosy osób, które stracuły tutaj życia, a było ich wielu. Zresztą zdarzył jej się tutaj jeden nieprzyjemny epizod, o którym wolałaby nie wspominać, kiedy zjawiła się w tym lesie z Florence. Drzewa próbowały ją tutaj zatrzymać, wciągnąć ją do siebie mamiąc zmysły. Nie chciała się zbliżać do tego zagajnika, przy którym się to wydarzyło, bo jednak wolałaby ponownie nie kusić losu. Miała też świadomość, że była bardzo rozbita i pewnie teraz łatwiej byłoby nią manipulować, więc bez sensu było proszenie się o taką okazję, w końcu coś mogłoby nie pójść po jej myśli.
Nic nie powinno im się przydarzyć, kiedy będą się trzymali znanych, bezpieczniejszych fragmentów lasu, oczywiście odpowiednio oddalonych od ludzi.
Las Wisielsców był w pewien sposób wyjątkowy, korony drzew rosły tutaj bardzo gęsto, tak, że promienie słońca z trudnem się przez nie przebijały. Słońce powinno świecić już bardzo jasno, a tutaj raczej było ciemno i chłodno. Aura nie należała do najprzyjemniejszych, jednak miała świadomość, że tak było tutaj zawsze. Bywała w tym miejscu, więc wiedziała na co się piszą.
Szli w ciszy, w sumie nie dziwiło jej to wcale. Ambroise na pewno nie był zadowolony z tego do czego nieco go przymusiła. Potrzebowała tej lekcji, musiała spróbować wrócić do praktykowania pewnych zaklęć, szczególnie, że czytała o nich bardzo wiele latem, aby przygotować się na to, co miało nadejść. Praktyka była jej potrzebna, musiała mieć pewność, że gdy pojawi się potrzeba, to będzie w stanie skorzystać z wiedzy, którą nabyła. Wolała przyjść z tym do niego, bo to jemu ufała najbardziej na świecie, wiedziała, że niekoniecznie będzie chciał zająć się tym tematem, ale jakoś udało jej się go urobić. Zresztą wyznaczył granice, to on miał tutaj rządzić - nie ona. Zgodziła się na to praktycznie bez zawahania, zresztą jeśli stwierdzi jednak, że mu się to odwidziało, to na pewno na tym nie poprzestanie, zacznie szukać pomocy u innych.
Póki co jednak zakładała, że wszystko pójdzie dobrze, co bowiem mogłoby pójść nie tak? Nie była nastawiona na porażkę, mieli porzucać parę zaklęć i to by było na tyle, nie brzmiało to specjalnie skomplikowanie. Zresztą Yaxleyówna robiła coś takiego od czasu do czasu z Erikiem, uważała te ich sparingi za całkiem rozsądne, bo w klubie pojedynków nie mogli pozwolić sobie na zbyt wiele, musieli przestrzegać reguł, a to co działo się poza klubem... to już było ich sprawą.
Nie przeszkadzało jej milczenie, Roise był jedną z osób przy których cisza jej nie ciążyła. Może zastanawiała się, co siedziało w jego głowie, chociaż tego chyba byłaby w stanie w tym momencie nawet się domyślić. Nie był szczególnie zadowolony z tego, o co go poprosiła. Nie dziwiła mu się, jednak wolałaby, aby spoglądał na sprawę bardziej perspektywnicznie. To dla jej dobra, musiała nieco poćwiczyć, żeby mieć możliwość w jakokolwiek sposób obronić się przed nadchodzącym zagrożeniem. Powinni tego uczyć w szkole, pokazywać im każdy rodzaj magii, nawet te zakazane, aby wiedzieli z czym może przyjść im walczyć, niestety w Hogwarcie stawiali na teorię, nie wydawało jej się to słusznym rozwiązaniem, zawsze uważała, że najprościej jest poszerzać swoją wiedzę dzięki praktyce.
Szli i szli, nie miała pojęcia ile będą jeszcze szli, ale zmierzała za Roisem bez żadnego gadania, wierzyła w to, że wie czego szuka i w końcu trafią w odpowiednie miejsce. Nie wzięła ze sobą nic poza sztyletem, który miała przy swoim skórzanym bucie i różdżką, bo to miała być tylko krótka lekcja. Cieszyła się, że zabrała ze sobą swój sfatygowany płaszcz, bo w lesie było dosyć chłodno i nieprzyjemnie. Włosy zwyczajowo zaplotła w długi, dobierany warkocz, aby przypadkiem jej nie przeszkadzały podczas tych ćwiczeń.
- Jasne. - Przystanęła w końcu w miejscu, które Ambroise uznał za odpowiednie. Otaksowała wzrokiem otoczenie, jakby próbowała zrozumieć dlaczego to właśnie tutaj chciał to zrobić. Polana wydawała się być całkiem nieźle osłonięta, więc pewnie dlatego, nikt nie powinien na nich tutaj zwrócić uwagi, nie, żeby spodziewała się, że w ogóle była taka możliwość, bo znaleźli się w głębi Lasu Wisielców.
- Miałam niewątpliwą przyjemność dotknąć ich niedawno, więc na pewno będę uważać. - Na samą myśl o tym, jak zakończyła się jej ostatnia wizyta w tym miejscu po plecach przeszedł jej zimny dreszcz. Później zrozumiała, że chodzi o kwiatka, ogarnęło ją takie okropne uczucie samotności, że chyba nigdy nie czuła się gorzej. Wolałaby tego nie powtórzyć.
Wyciągnęła różdżkę, bo chyba nadszedł odpowiedni moment, trzymała ją w lewej dłoni, właściwie to obracała między palcami. - To co mam robić? - Nie chciała zwlekać, tylko od razu przejść do rzeczy.